Jak zdefiniować śmierć...
Czy jest stanem, czy działaniem?
Ruchem czy bezruchem?
Nagłą zmianą, która dokonuje się w jednym momencie, czy powolnym przechodzeniem z jednego sposobu istnienia w drugi?
Czy dotyczy przede wszystkim ciała, czy świadomości? A może właśnie dlatego jest tak trudna do pomyślenia, że ciało i świadomość nie umierają w tym samym rytmie?
Czy śmierć jest powrotem?
Do ziemi, do wody, do materii, do miejsca, z którego ciało zostało na chwilę wypożyczone?
Czy jest krokiem naprzód?
Przekroczeniem, którego nie umiemy nazwać inaczej niż końcem, bo nie znamy języka dla tego, co znajduje się poza ostatnim oddechem?
Czy ciało wraca, a świadomość idzie dalej?
Czy ciało zostaje, a świadomość gaśnie?
Czy może jedno i drugie tylko zmienia formę, a słowo „śmierć” jest nazwą nadaną przez żywych chwili, której nie potrafią zobaczyć od środka?
Bo jeśli śmierć jest przejściem, to trzeba zapytać: kto przechodzi?
Jeśli jest rozproszeniem — co się rozprasza?
Jeśli jest powrotem — kto wraca?
Jeśli jest drogą naprzód — kto jeszcze idzie?
I czy w ogóle da się pytać o śmierć z zewnątrz?
Patrząc na obraz Böcklina, Platon zapytałby zapewne: czy łódź wiezie ciało, czy duszę?
Epikur: czy można bać się czegoś, czego nigdy nie spotkamy jako świadkowie?
Stoicy: czy śmierć jest nieszczęściem, czy tylko częścią porządku natury, której żywi nie umieją przyjąć bez lęku?
Augustyn: dlaczego ta wyspa nie wygląda ani jak piekło, ani jak raj? Czy to miejsce sądu, czy miejsce milczenia?
Montaigne: czy całe życie jest powolnym ćwiczeniem wejścia do łodzi?
Levinas: czy postać w bieli to ktoś, kto odprowadza drugiego? Czy śmierć drugiego jest pierwszym miejscem, w którym uczymy się własnej bezradności?
Ale pojęcie pustki przesunęłoby pytanie inaczej: jeśli „ja” nigdy nie było stałą, osobną substancją, to czym właściwie jest śmierć? A jeśli nie ma niczego trwałego, co miałoby zostać przeniesione?
Jeśli ciało od początku było procesem, a świadomość strumieniem zależnych od siebie chwil?
Jeśli śmierć nie jest przeniesieniem substancji z jednego miejsca do drugiego, lecz zmianą układu warunków?
Jeśli nie odpływa „ja”, tylko rozpada się chwilowa forma, którą żywi nauczyli się nazywać osobą?
I dalej - patrząc na obraz Böcklina:
Czy naprawdę ktoś płynie?
Czy naprawdę coś zostaje przeniesione?
Czy wyspa jest miejscem, czy tylko formą, jaką żywi nadają lękowi przed rozproszeniem?
Czy trumna wiezie osobę, czy ostatnie przywiązanie żywych do myśli, że osoba była czymś stałym?
Ale jeśli człowiek wie, że umrze, to kiedy zaczyna się jego umieranie?
W chwili ostatniego oddechu?
W chwili, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa?
W chwili, kiedy ktoś inny wypowiada nad nim słowo „to koniec”?
W chwili, gdy na monitorze pokazuje się linia prosta i rozlega się cienki, jednostajny dźwięk?
A może wcześniej?
Może w chwili, kiedy człowiek po raz pierwszy naprawdę przyjmuje do wiadomości, że nie jest wyjątkiem. Że wyspa nie jest metaforą dla innych. Że łódź nie płynie tylko po ciała innych ludzi. Że pytanie o śmierć nigdy nie jest pytaniem zadawanym z drugiego brzegu.
Może wtedy zaczyna się właściwe umieranie: nie biologiczne, lecz świadome. Powolne życie z wiedzą, że wszystko, co robimy, odbywa się już w obecności końca.
Na autoportrecie Böcklina śmierć nie czeka na wyspie. Nie ukrywa się wśród cyprysów. Stoi tuż za nim, przy uchu, jak muzyk, który zna melodię wcześniej niż ten, dla kogo ją gra.
Artysta trzyma pędzel - śmierć trzyma skrzypce.
Nie da się pytać o śmierć z zewnątrz, bo zadanie pytania jest już pierwszym ruchem łodzi.