Sierżant detektyw Harris otrzymał protokół niespełna godzinę przed przesłuchaniem.
Na pierwszej stronie widniała nazwa miasta T., numer sprawy oraz trzy oznaczenia: Jane Doe 1, Jane Doe 2, Jane Doe 3. Wszystkie trzy kobiety mieszkały w akademiku należącym do miejscowego uniwersytetu. Wszystkie zginęły tej samej nocy.
Jane Doe 1 znaleziono o 6.12 w pokoju na drugim piętrze. Leżała obok łóżka. Zginęła wskutek kilkunastu uderzeń tępym, podłużnym narzędziem. Większość ciosów zadano w głowę i górną część tułowia. Na przedramionach stwierdzono obrażenia obronne. Nie znaleziono śladów napaści seksualnej ani próby przemieszczenia ciała.
Jane Doe 2 leżała w pokoju po przeciwnej stronie korytarza. Drzwi były uchylone. Przyczyna śmierci oraz charakter obrażeń odpowiadały ustaleniom dotyczącym Jane Doe 1. Biegły uznał, że w obu przypadkach mogło zostać użyte to samo narzędzie. Rozmieszczenie śladów krwi wskazywało na dużą liczbę ciosów zadanych w krótkim czasie. Pomiędzy śmiercią pierwszej i drugiej kobiety upłynęło prawdopodobnie nie więcej niż kilkanaście minut.
W obu pokojach panował nieporządek, ale niczego nie zabrano. Nie stwierdzono śladów włamania. Zamek w bocznym wejściu do akademika od kilku tygodni nie działał prawidłowo i drzwi niekiedy pozostawały niedomknięte.
Jane Doe 3 odnaleziono cztery godziny później w nieużywanym pomieszczeniu gospodarczym w piwnicy. Została skrępowana. Na jej ciele ujawniono ślady gwałtu oraz obrażenia wskazujące na trwające przez pewien czas znęcanie się. Bezpośrednią przyczyną śmierci było uduszenie. Uderzenia tępym narzędziem nie miały w jej przypadku charakteru śmiertelnego.
Biegły zwrócił uwagę na zmianę sposobu działania. Pierwsze dwie napaści były gwałtowne, krótkie i przeprowadzone bez próby podporządkowania ofiar. W trzecim przypadku sprawca przemieścił kobietę, skrępował ją i pozostawał z nią znacznie dłużej. Nie ustalono, czy zmiana wynikała z wcześniejszego zamiaru, zachowania ofiary, warunków panujących w budynku czy narastającego poczucia kontroli sprawcy.
Na framudze drzwi pokoju Jane Doe 2 znaleziono częściowy odcisk dłoni. Nie nadawał się do jednoznacznej identyfikacji. W piwnicy zabezpieczono włókna pochodzące z ciemnej wełnianej tkaniny oraz jasne włosy, które nie należały do żadnej z ofiar. Analiza nie pozwoliła wskazać konkretnej osoby.
Na mokrej ziemi pod bocznym wejściem ujawniono fragment odcisku podeszwy męskiego buta. Rozmiar oszacowano na dziesięć lub jedenaście według numeracji amerykańskiej. Ślad nie zawierał cech indywidualnych.
Troje świadków widziało w akademiku lub w jego bezpośrednim sąsiedztwie obcego mężczyznę. Opisy różniły się w kwestii wzrostu, koloru włosów i ubrania. Jedna ze świadkiń zapamiętała ciemny płaszcz, druga jasną kurtkę. Dwie osoby określiły mężczyznę jako szczupłego. Jedna powiedziała, że wyglądał jak student i nie zwróciła na niego większej uwagi.
Ted B. miał trzydzieści jeden lat, wykształcenie prawnicze i nie był studentem uniwersytetu w T. W przeszłości odwiedzał akademik jako gość jednej z mieszkanek. Twierdził, że od ponad roku nie wchodził do budynku.
W noc zabójstw jego samochód otrzymał mandat za nieprawidłowe parkowanie sześć przecznic od kampusu. Ted B. wyjaśnił, że pożyczył samochód znajomemu, którego nazwiska nie chciał podać. Funkcjonariusz wystawiający mandat nie widział kierowcy.
W mieszkaniu Teda B. zabezpieczono ciemny wełniany płaszcz oraz buty w rozmiarze jedenaście. Nie stwierdzono na nich krwi ani materiału biologicznego należącego do ofiar. W samochodzie odnaleziono rolkę sznura tego samego rodzaju co sznur użyty do skrępowania Jane Doe 3. Producent potwierdził, że sprzedano kilkadziesiąt tysięcy takich rolek.
Nie znaleziono narzędzia, którym zabito Jane Doe 1 i Jane Doe 2.
Ted B. dobrowolnie zgodził się na pierwszą rozmowę. Zaprzeczył, jakoby przebywał w akademiku tej nocy. Następnie zaznaczył, że przez „przebywanie” rozumie wejście do wnętrza budynku, nie zaś obecność na terenie kampusu. Zapytany, czy znał którąkolwiek z kobiet, odpowiedział, że słowo „znać” może oznaczać zarówno osobistą relację, jak i jednorazowe spotkanie, dlatego pytanie wymaga doprecyzowania.
W końcowej części protokołu znajdowała się krótka notatka z obserwacji:
Badany zachowuje spokój. Odpowiada pełnymi zdaniami. Często prosi o zdefiniowanie użytych pojęć. Sam wprowadza rozróżnienia, których pytający nie zawarł w pytaniu. Nie odmawia składania wyjaśnień, jednak nie udziela odpowiedzi możliwych do zapisania jako jednoznaczne potwierdzenie lub zaprzeczenie.
Harris przeczytał tę notatkę dwukrotnie.
Następnie zamknął protokół i spojrzał przez szybę pokoju przesłuchań.
Ted B. siedział przy stole z dłońmi ułożonymi płasko na blacie. Kiedy zauważył, że jest obserwowany, uśmiechnął się i poruszył ustami.
Harris nie usłyszał słów.
Po chwili Ted B. powtórzył je wolniej.
Tylko pytaj precyzyjnie.
*
Harris wszedł pierwszy. Miller zamknął za nimi drzwi i usiadł po jego prawej stronie.
Ted B. podniósł wzrok. Uśmiechnął się do obu tak, jakby przyjmował spóźnionych gości.
— Detektyw Harris. Detektyw Miller — powiedział. — Dobrze zapamiętałem?
Miał przyjemny, niski głos. Mówił spokojnie, bez pośpiechu, starannie wymawiając końcówki słów. Nie było w nim ani poufałości, ani przesadnej uprzejmości. W jego tonie pobrzmiewała łagodna troska człowieka, który zauważył zmęczenie rozmówców i nie zamierzał dodatkowo utrudniać im pracy.
— Dobrze — odpowiedział Miller.
Harris położył protokół na stole.
— Wiesz, dlaczego tu jesteś?
— Mam pewne przypuszczenia.
— Pytam, czy wiesz.
Ted zastanawiał się przez chwilę.
— Jeśli przez „wiedzieć” rozumie pan posiadanie informacji przekazanej przez uprawnioną osobę, to nie. Jeśli wystarczy logiczny wniosek oparty na okolicznościach, to tak.
Harris spojrzał na Millera. Miller zapisał pierwsze zdanie w notesie.
— Byłeś tamtej nocy w akademiku? — zapytał Harris.
— Co obejmuje „akademik”?
— Budynek.
— W takim razie nie.
— A teren wokół budynku?
— To już nie jest budynek.
— Byłeś na terenie kampusu?
Ted oparł dłonie płasko na stole.
— Mogłem przez niego przejeżdżać.
— Przejeżdżałeś?
— Powiedziałem, że mogłem.
— Pytam, czy to zrobiłeś.
— Nie pamiętam trasy z dokładnością, której pan ode mnie oczekuje. Gdybym odpowiedział „nie”, a potem ktoś znalazł świadka, który widział mój samochód przy kampusie, uznałby pan, że skłamałem. Wolę nie nadawać pamięci precyzji, której ona nie ma.
Miller uniósł głowę znad notesu.
— To rozsądne.
— Dziękuję — powiedział Ted.
Harris przesunął w jego stronę fotografię samochodu.
— Twój samochód stał sześć przecznic od akademika.
— Zgadza się.
— W środku nocy.
— Mandat wystawiono o pierwszej czterdzieści osiem. Określenie „środek nocy” jest poprawne, chociaż sugeruje coś więcej niż godzinę.
— Co sugeruje?
— Że obecność samochodu była niezwykła.
— Była?
Ted spojrzał na fotografię.
— Dla samochodu nie.
Miller uśmiechnął się mimowolnie. Harris nie zareagował.
— Twierdzisz, że pożyczyłeś go znajomemu.
— Tak.
— Komu?
— Nie odpowiem.
— Dlaczego?
— Ponieważ ta osoba ma prawo do prywatności.
— Trzy kobiety nie żyją.
Uśmiech zniknął z twarzy Teda.
— Wiem.
Po raz pierwszy odpowiedział bez zastrzeżenia.
— Jeżeli twój znajomy może potwierdzić, że nie prowadziłeś samochodu, dlaczego go nie wskażesz? — zapytał Miller.
Ted zwrócił się ku niemu.
— Ponieważ potwierdzenie mojego alibi oznaczałoby dla niej konieczność wyjaśnienia, dlaczego korzystała z mojego samochodu o tej porze. Niewinna osoba może ponieść bardzo realne konsekwencje tylko dlatego, że znalazła się w pobliżu cudzej tragedii. Pan powinien to rozumieć.
Miller przestał pisać.
— To kobieta?
— Powiedziałem „dla niej”. Nie powiedziałem, że to znajoma.
Harris przyglądał mu się przez kilka sekund.
— Robisz to za każdym razem?
— Co?
— Przesuwasz odpowiedź o jedno słowo dalej.
Ted lekko przechylił głowę.
— Staram się odpowiadać dokładnie.
— Nie. Starasz się nie powiedzieć niczego, czego nie będziesz mógł później zdefiniować inaczej.
— Gdybym zmieniał definicje po udzieleniu odpowiedzi, miałby pan rację. Ja proszę o ich ustalenie przed odpowiedzią.
— Byłeś w akademiku?
— Już odpowiedziałem.
— Odpowiedziałeś, że nie byłeś w budynku.
— Ponieważ o budynek pan pytał.
— Widziałeś tej nocy Jane Doe 1?
— Nie wiem, którą kobietę tak oznaczyliście.
Harris wyjął fotografię i położył ją przed nim. Ted popatrzył na nią bez widocznej zmiany wyrazu twarzy.
— Widziałeś ją?
— Mogłem ją widzieć wcześniej.
— Znałeś ją?
Ted westchnął cicho, niemal przepraszająco.
— Znowu muszę zapytać, co znaczy „znać”.
— To znaczy wiedzieć, kim była.
— Teraz wiem, kim była.
— Wiedziałeś przed jej śmiercią?
— Mogłem rozpoznawać jej twarz.
— Rozmawiałeś z nią?
— Nie pamiętam.
Harris położył przed nim drugą fotografię.
— A z nią?
Ted spojrzał.
— Ta sama odpowiedź.
— Trzecia?
Trzeciej fotografii nie przesunął w jego stronę. Trzymał ją pod dłonią.
Ted popatrzył najpierw na fotografię, potem na Harrisa.
— Jeżeli mam odpowiedzieć, powinien mi ją pan pokazać.
— Dlaczego? Przecież nie wiesz, którą kobietę oznaczyliśmy jako Jane Doe 3.
— Właśnie dlatego.
Harris odwrócił zdjęcie. Ted patrzył na nie dłużej niż na dwa poprzednie.
Miller zauważył, że jego oddech stał się głębszy. Harris zauważył, że nie zapytał, co jej zrobiono.
— Znałeś ją? — zapytał Miller.
— Nie.
Odpowiedź padła natychmiast.
— Tym razem nie potrzebujesz definicji? — zapytał Harris.
Ted podniósł na niego wzrok.
— Nie znałem jej w żadnym znaczeniu, które mogłoby być istotne dla tej rozmowy.
Harris odchylił się na krześle.
— A jednak odróżniłeś znaczenia istotne od nieistotnych.
— Każdy to robi.
— Więc mogłeś ją widzieć?
— Tak.
— Rozmawiać z nią?
— Być może.
— Dotknąć jej?
Ted nie odpowiedział od razu.
— Co rozumie pan przez dotknięcie?
Harris spojrzał na Millera. Miller miał opuszczone oczy.
— Kontakt twojego ciała z jej ciałem.
— Bezpośredni?
— Tak.
— Świadomy?
— Tak.
— Przed jej śmiercią?
Harris pochylił się nad stołem.
— Dlaczego o to pytasz?
— Ponieważ czas zdarzenia zmienia znaczenie odpowiedzi.
— Dotknąłeś jej przed śmiercią?
— Nie przypominam sobie.
— A po śmierci?
Ted powoli odsunął od siebie fotografię.
— Nie.
— Jesteś pewien?
— Na tyle, na ile można być pewnym zdarzenia, którego się nie pamięta.
— Właśnie powiedziałeś „nie”.
— Ponieważ nie mam wspomnienia takiego działania.
— Brak wspomnienia nie jest tym samym co brak działania.
— Zgadzam się.
— Więc mogłeś jej dotknąć.
— Logicznie nie mogę tego wykluczyć.
Miller podniósł głowę.
— Harris, on mówi tylko, że pamięć nie jest doskonała.
— Nie — odpowiedział Harris, nie odrywając wzroku od Teda. — On zostawia sobie wyjście.
Ted zwrócił się do Millera.
— Widzi pan problem. Jeśli okażę absolutną pewność, zostanie to uznane za wyuczone zaprzeczenie. Jeśli uczciwie przyznam, że pamięć ma granice, detektyw Harris nazwie to wyjściem.
— Nie rozmawiaj z nim — powiedział Harris. — Rozmawiaj ze mną.
— Oczywiście.
Ted znów zwrócił twarz ku niemu. Ton jego głosu nie zmienił się ani na chwilę.
— Czy kiedykolwiek kogoś skrzywdziłeś? — zapytał Harris.
Ted roześmiał się krótko. Nie był to głośny ani szyderczy śmiech. Brzmiał raczej jak reakcja na zbyt szerokie pytanie zadane podczas egzaminu.
— Nie tak — powiedział łagodnie. — Co pan przez to rozumie?
— Wiesz, co znaczy skrzywdzić człowieka.
— Wiem, co to słowo może znaczyć. Nie wiem, którego znaczenia używa pan teraz.
— Zadać komuś ból.
— Fizyczny czy psychiczny?
— Jeden albo drugi.
— W takim razie tak. Oczywiście. Każdy kiedyś kogoś skrzywdził.
— Uderzyłeś kogoś?
— Tak.
— Kobietę?
— Tak.
Miller spojrzał na niego uważniej.
— W jakich okolicznościach?
— Kiedy miałem dziewięć lat, uderzyłem siostrę. Zepchnęła mnie z roweru, a ja rozciąłem jej wargę. Przez kilka dni nie odzywaliśmy się do siebie. Potem matka zmusiła mnie do przeprosin. Pamiętam, że długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego moje przeprosiny mają być prawdziwe tylko dlatego, że zostałem do nich zmuszony.
— To wszystko? — zapytał Harris.
— Nie. Pytał pan, czy kiedykolwiek uderzyłem kobietę, nie ile razy to zrobiłem.
Zapadła cisza.
Miller czekał na dalszy ciąg. Harris patrzył na Teda.
— Ile razy?
— Nie liczyłem.
— Dlaczego?
— Ludzie zwykle nie prowadzą ewidencji własnych porażek.
— Nazywasz uderzenie kobiety porażką?
— Jeżeli straciłem nad sobą kontrolę, tak.
— A jeżeli nie straciłeś?
Ted zastanowił się.
— Wtedy należałoby zapytać o cel.
— Jaki cel usprawiedliwia uderzenie kobiety?
— Nie powiedziałem, że usprawiedliwia. Powiedziałem, że pozwala inaczej opisać działanie.
— Na przykład?
— Lekarz może złamać pacjentowi żebro podczas reanimacji. Funkcjonariusz może użyć siły, aby powstrzymać atak. Człowiek może kogoś uderzyć przypadkowo. Skutek jest podobny, znaczenie nie.
— A jeśli uderza kilkanaście razy?
Ted spojrzał na zamknięty protokół.
— To zależy.
— Od czego?
— Od tego, czy liczy pan działania, czy intencje.
— Dwie kobiety zostały zatłuczone w swoich pokojach. Sprawca uderzał je długo po tym, jak przestały być dla niego zagrożeniem.
— To nie wynika ze słowa „uderzał”.
— Wynika z obrażeń.
— Obrażenia mówią, co stało się z ciałem. Nie mówią, co sprawca rozumiał jako zagrożenie.
Harris znieruchomiał.
Miller zapisał zdanie, a potem je podkreślił.
— Skąd wiesz, że sprawcą był mężczyzna? — zapytał Harris.
Ted uśmiechnął się lekko.
— Pan użył słowa HE. To chyba ON - prawda?
— Nie baw się ze mną.
— Nie bawię się. Pokazuję, że czasem człowiek słyszy we własnym pytaniu więcej, niż powiedział rozmówca.
Miller odchrząknął.
— Ted, próbujemy ustalić, co wydarzyło się tej nocy. Możesz nam w tym pomóc.
— Wiem.
— Załóżmy, że do akademika wszedł obcy człowiek — powiedział Miller. — Co mogło się potem stać?
Harris odwrócił ku niemu głowę, ale nie przerwał.
Ted spojrzał na szybę. Po drugiej stronie nikogo nie widział.
— Człowiek wchodzący do takiego budynku najpierw musiałby się upewnić, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Nie musiałby wyglądać groźnie. Przeciwnie. Powinien sprawiać wrażenie, że ma prawo tam być. Student, brat jednej z mieszkanek, ktoś szukający toalety. Gdyby spotkał kogoś na korytarzu, uśmiechnąłby się. Ludzie pamiętają nieobecność zagrożenia lepiej niż twarz.
— Co zrobiłby potem? — zapytał Miller.
— Nie wiem.
— Spróbuj.
Ted przesunął palcem po krawędzi stołu.
— Pierwsze drzwi mogły być otwarte. Pierwsza kobieta mogła spać. Jeśli ją zaatakował, nie musiał jeszcze mieć planu dotyczącego drugiej. Hałas, ruch na korytarzu albo przekonanie, że został zauważony, mogły skierować go do następnego pokoju.
— A trzecia? — zapytał Harris.
Ted nie spojrzał na niego.
— Trzecia zmienia wszystko.
— Dlaczego?
— Ponieważ w jej przypadku miał czas.
— Skąd wiesz, że miał czas?
— Z tego, co mi powiedzieliście.
— Nie powiedzieliśmy, że ją skrępował.
Miller spojrzał na Harrisa.
Ted uniósł brwi.
— Sznur znaleziony w moim samochodzie został wymieniony w nakazie przeszukania. Nie trzeba być detektywem, żeby zrozumieć jego znaczenie.
— Powiedziałeś, że miał czas.
— Ślady gwałtu i znęcania wymagają czasu. To było w gazetach.
— Nie napisano, gdzie ją znaleziono.
— W takim razie tego nie wiem.
— Ale powiedziałeś, że została przeniesiona.
— Nie powiedziałem.
Harris otworzył notes.
— Powiedziałeś: „W jej przypadku miał czas”.
— Czas nie oznacza przemieszczenia.
— Powiedziałeś też: „Trzecia zmienia wszystko”.
— Ponieważ jej obrażenia różnią się od obrażeń dwóch pozostałych kobiet.
— Albo dlatego, że przy niej sprawca zrobił to, czego od początku chciał.
Ted spojrzał mu prosto w oczy.
— To pańska narracja.
— A twoja?
— Nie mam narracji. Mam informacje, które mi przekazujecie, i próbuję ułożyć je w logiczną całość.
— Właśnie opisałeś wejście sprawcy do akademika.
— Poprosił mnie o to detektyw Miller.
— Opisałeś, jak się uśmiecha.
— To najprostszy sposób, żeby nie wzbudzić podejrzeń.
— Ty też się uśmiechasz.
Ted przestał się uśmiechać.
— Czy wolałby pan, żebym był nieuprzejmy?
— Wolałbym, żebyś odpowiedział na jedno pytanie bez zmiany jego znaczenia.
— Proszę zadać pytanie, które ma tylko jedno znaczenie.
Harris rozłożył przed nim trzy fotografie.
— Czy spowodowałeś śmierć którejkolwiek z tych kobiet?
Ted długo patrzył na zdjęcia.
— Nie.
Miller wypuścił powietrze.
Harris nie poruszył się.
— Bez definicji?
— Zadał pan konkretne pytanie.
— Czy wykonałeś jakiekolwiek działanie, bez którego te kobiety nadal by żyły?
Ted oderwał wzrok od fotografii.
— To nie jest to samo pytanie.
— Odpowiedz.
— Nie wiem.
— Przed chwilą powiedziałeś „nie”.
— Zapytał pan, czy spowodowałem ich śmierć. Teraz pyta pan, czy istnieje łańcuch przyczynowy, w którym któreś z moich działań poprzedziło ich śmierć i miało na nią wpływ. To znacznie szersza kategoria.
— Jakie twoje działanie mogło mieć wpływ?
— Mogłem nie zamknąć bocznych drzwi. Mogłem komuś powiedzieć, że zamek jest uszkodzony. Mogłem widzieć człowieka, którego później nie potrafiłem opisać. Mogłem zignorować coś, co wydało mi się nieistotne.
— Zrobiłeś którąś z tych rzeczy?
— Nie pamiętam.
— Więc twoje „nie” nic nie znaczy.
Ted pokręcił głową.
— Znaczy dokładnie tyle, ile powiedziałem.
Harris pochylił się jeszcze bliżej.
— Zgwałciłeś Jane Doe 3?
— Nie.
— Skrępowałeś ją?
— Nie.
— Uderzyłeś ją?
— Nie.
— Dotknąłeś jej?
Ted milczał.
— Odpowiedz.
— Nie wiem.
Miller odłożył długopis.
— Dlaczego na trzy poważniejsze pytania odpowiedziałeś „nie”, a przy dotknięciu jej nie wiesz?
Ted zwrócił się ku niemu. Jego głos stał się jeszcze spokojniejszy.
— Ponieważ gwałtu, skrępowania ani uderzenia nie da się zwykle wykonać bez świadomości działania. Dotknięcie może nastąpić w tłumie, na korytarzu, przy otwieraniu drzwi. Mogłem kiedyś minąć ją w akademiku. Mogła podać mi szklankę. Mogliśmy otrzeć się ramionami. Gdybym powiedział, że nigdy jej nie dotknąłem, twierdziłbym więcej, niż mogę wiedzieć.
Miller skinął głową.
Harris zobaczył ten gest.
— Kupiłeś to? — zapytał.
— To ma sens.
— Właśnie o to mu chodzi.
Ted nie zaprotestował.
Harris zebrał fotografie i wsunął je do teczki.
— Na dzisiaj wystarczy.
Miller wyszedł pierwszy. Harris zatrzymał się przy drzwiach.
— Jedna rzecz, Ted.
— Tak?
— Kiedy zapytałem o trzecie zdjęcie, powiedziałeś, że jej nie znałeś w żadnym znaczeniu istotnym dla tej rozmowy. Jakie znaczenie byłoby nieistotne?
Ted odpowiedział dopiero po chwili.
— Takie, którego pan jeszcze nie zdefiniował.
Na korytarzu Miller zamknął notes.
— Nie sądzę, żeby to zrobił — powiedział. — Jest irytująco precyzyjny, ale trzy razy zaprzeczył wprost. Nie gwałcił jej, nie skrępował i nie uderzył.
Harris patrzył przez szybę. Ted siedział nieruchomo, z dłońmi ułożonymi płasko na stole.
— Przyznał, że tam był — powiedział.
— Nie przyznał.
— Opisał wejście. Opisał pierwsze dwie jako przypadkowe. Przy trzeciej powiedział, że miał czas. Potem odciął od siebie tylko czasowniki. „Nie zgwałciłem”. „Nie skrępowałem”. „Nie uderzyłem”. A kiedy dotarliśmy do słowa najszerszego, zostawił drzwi otwarte.
— Bo pytanie było szersze.
— Właśnie.
Miller spojrzał ponownie do notesu.
Na ostatniej stronie zapisał:
Podejrzany konsekwentnie zaprzecza dokonaniu zarzucanych czynów. Wymaga precyzyjnego formułowania pytań. Nie należy traktować próśb o doprecyzowanie jako unikania odpowiedzi.
Harris otworzył własny notes. Podkreślił zapisane wcześniej zdanie Teda:
Trzecia zmienia wszystko.
Pod nim dopisał:
Podejrzany nie odpowiada na pytania. Zmienia granice słów tak, aby każde przyznanie się mogło pozostać zaprzeczeniem.
Za szybą Ted podniósł głowę i uśmiechnął się do nich obu.
Żaden z detektywów nie miał wrażenia, że uśmiecha się do tego samego człowieka.