Dzień pierwszy.
Przyjechali do Quinta del Sordo w dobrych humorach.
Nie było w tym nic uroczystego. Żadnego milczenia przed domem wielkiego malarza, żadnego nabożnego zdejmowania kapeluszy, żadnego oddechu wstrzymanego z szacunku dla miejsca, w którym Goya spędził ostatnie madryckie lata. Przyjechali jak ludzie do pracy: zakurzeni, głodni, trochę rozbawieni, z rękami pachnącymi skórą uprzęży, drewnem skrzyń i tytoniem.
Najpierw turkotał wóz. Szeroki, ciężkawy, ciągnięty przez dwa konie, z tyłem załadowanym tak, że na wybojach wszystko odpowiadało sobie głuchym stukiem: skrzynie z narzędziami, zwoje płótna, wiadra, deski, paki z klejem, szczotki, szmaty, zwinięte liny, kilka listew owiniętych płótnem, żeby nie połamały się po drodze. Za wozem szedł przez chwilę Pascual, bo twierdził, że od kołysania na tylnej ławie robi mu się niedobrze, choć wszyscy wiedzieli, że chodziło raczej o to, by móc spluwać w pył bez zwracania uwagi Martíneza Cubellsa.
Sam Martínez Cubells jechał z przodu, w małym powozie wynajętym jeszcze w Madrycie. Siedział sztywno, z kapeluszem nasuniętym nisko i notesem przyciśniętym do kolana, jakby już sam dojazd był częścią pracy, którą należało wykonać starannie. Obok niego siedział Julián, który od rana powtarzał, że baron musi być człowiekiem rozumnym, skoro płaci ludziom za oglądanie starych ścian.
— Nie za oglądanie — poprawił go Martínez Cubells. — Za zdjęcie malowideł.
— Tym lepiej — odparł Julián. — Oglądać można za darmo.
Pascual parsknął z tyłu wozu.
Miguel śmiał się razem z nimi. Był najmłodszy i jeszcze nie wiedział, kiedy należy przestać. A może wiedział, tylko bał się być pierwszym, który zamilknie. Trzymał przy nogach małą skrzynkę z narzędziami, własną, starannie uporządkowaną, jakby porządek w drewnie i metalu mógł zagwarantować sukces w robocie. Co jakiś czas poprawiał ją stopą, żeby nie przesuwała się po podłodze wozu.
Baron płacił dobrze, praca była rzadka, nazwisko wielkie, a dom — jak sądzili — tylko stary. To ostatnie powtarzali sobie najchętniej.
Stary dom na wzgórzu. Stare ściany. Stare malowidła starego człowieka, o których mówiono w Madrycie z tym rodzajem ciekawości, który od razu miesza podziw z plotką. Ktoś słyszał, że były straszne. Ktoś inny, że chore. Julián twierdził, że jeśli Goya naprawdę namalował na ścianach coś, czego nie chciał pokazać ludziom, to ludzie tym bardziej będą chcieli to zobaczyć.
— I dlatego baron będzie bogatszy — powiedział Pascual.
— Baron już jest bogaty — odparł Julián. — Teraz chce być jeszcze pamiętany.
— A my?
— A my też chcemy być bogatsi.
— Od myszy kościelnej - dodał Pascual.
To rozbawiło ich wszystkich. Miguel też się roześmiał, trochę za głośno. Przed nimi dom rósł powoli nad drogą, biały tylko z daleka. Im bliżej podjeżdżali, tym bardziej tracił kolor. Wapno było poszarzałe, dach ciężki, okna ciemne, jakby od dawna nie służyły do wpuszczania światła, tylko do sprawdzania, kto nadchodzi.
— Po robocie idziemy na wino — powiedział Julián. — I niech mi nikt nie mówi, że nie zasłużyliśmy.
— Po robocie — mruknął Martínez Cubells — będziemy wiedzieć, czy jest co świętować.
Pascual popatrzył na dom i splunął w pył.
— Stary dom — powiedział. — Co może pójść źle?
Wóz zatrzymał się z jękiem osi. Przez chwilę nikt nie wysiadał.
Nie dlatego, że się bali. - tak przynajmniej pomyślał Miguel. Po prostu każdy dom, kiedy patrzy się na niego zbyt długo przed wejściem, zaczyna wyglądać mniej jak budynek, a bardziej jak decyzja. Quinta del Sordo stała przed nimi cicho, z oknami ciemnymi od środka, z wapnem poszarzałym od kurzu i wilgoci, z dachem ciężkim, nierównym, jakby przez lata przygniatał nie tylko mury, lecz także powietrze naokoło.
— No? — powiedział Julián. — Kto pierwszy pójdzie przywitać starego don Francisca ?
— Don Francisco nie żyje — mruknął Pascual, zeskakując z wozu.
— Tym lepiej. Mniej będzie narzekał.
Miguel roześmiał się razem z nimi, choć tym razem ciszej.
Martínez Cubells nie zaśmiał się wcale. Wysiadł z powozu, otrzepał rękaw z pyłu i spojrzał na fasadę domu tak, jak patrzy się na trudną powierzchnię: nie z lękiem, lecz z rachunkiem. Już mierzył w myślach ściany, przejścia, światło, możliwe rusztowania, miejsce na skrzynie i płótna. Dom był dla niego problemem technicznym. Przynajmniej na razie
Klucz zgrzytnął w zamku za trzecim razem.
— Nawet drzwi nie chcą barona — powiedział Julián.
— Drzwi chcą oliwy — odparł Martínez Cubells.
Weszli.
Najpierw uderzył ich zapach: zamknięte powietrze, wilgoć, wapno, stare drewno, mysie szczyny, trochę zimnego popiołu, choć w kominkach dawno nikt nie palił. Pascual skrzywił się od razu i zaklął pod nosem. Miguel zrobił krok za progiem i poczuł, że dom nie tyle przyjmuje ich do środka, ile zamyka za nimi ulicę.
Drzwi domknęły się ciężko. Gdzieś głębiej coś trzasnęło.
Nie głośno. Nie tak, żeby naprawdę można było się przestraszyć. Raczej krótki suchy dźwięk, jak pęknięcie starej gałęzi albo przesunięcie deski, która przez wiele lat cierpliwie znosiła własny ciężar i nagle przypomniała sobie, że może się odezwać.
Pascual obejrzał się przez ramię.
— Co to było?
— To tylko stary dom — powiedział Martínez Cubells.
Powiedział to spokojnie, prawie niecierpliwie, jakby odpowiedź istniała wcześniej niż pytanie.
Poszli dalej.
Pod ich butami podłoga skrzypiała nierówno. Niektóre deski uginały się miękko, inne odpowiadały ostrym jękiem. W korytarzu wisiał kurz, poruszony nagle ich oddechami. Przez szczeliny okiennic wchodziło światło w cienkich, brudnych smugach. W jednej z nich Miguel zobaczył drobiny pyłu unoszące się powoli, jakby dom nie oddychał od dawna i teraz nie bardzo wiedział, co zrobić z powietrzem.
Znowu coś stuknęło. Tym razem wyżej, nad nimi.
— Belka — powiedział Julián szybko.
— Albo szczur — dodał Pascual.
— Albo duch, który nie lubi konserwatorów — powiedział Julián.
Miguel chciał się roześmiać, ale nie zdążył. Z głębi domu dobiegł długi, niski odgłos. Nie głos. Nie jęk. Raczej przeciągnięcie powietrza przez pusty komin albo przez szczelinę pod drzwiami. Coś pomiędzy westchnieniem a szuraniem.
Wszyscy stanęli.
Przez moment słyszeli tylko siebie: oddechy, skórę uprzęży za drzwiami, końskie parsknięcie na zewnątrz, daleki stuk kopyta o kamień.
— Stare domy gadają — powiedział w końcu Julián.
Powiedział to lekko wyższym głosem. Jak człowiek, który sam siebie chce przekonać, że nadal jest zabawny.
Pascual prychnął.
— Byle nie za dużo, bo baron nam za rozmowę z domem nie płaci.
Tym razem śmiech był krótki. Uciął się sam, zanim ktokolwiek zdążył go podtrzymać.
Martínez Cubells odwrócił się do nich.
— Dość. Najpierw obejrzymy pomieszczenia. Potem wniesiemy skrzynie. Miguel, trzymaj się blisko. Julián, światło. Pascual, nie dotykaj niczego, dopóki nie powiem.
— Jakby tu było co dotykać — mruknął Pascual.
Ale mówił ciszej niż przed chwilą. Ruszyli korytarzem.
Dom odpowiadał im krok po kroku: raz deską, raz tynkiem, raz cichym sypnięciem czegoś za ścianą. Wszystko miało swoje rozsądne wyjaśnienie. Stare drewno. Wilgoć. Pustka. Złe okna. Dach po zimie. Myszy. Osuwający się kurz. Nikomu nawet nie wpadło do głowy inne wyjaśnienie.
I właśnie dlatego Miguel poczuł pierwszy niepokój. Bo dom nie robił niczego, czego stary dom nie powinien robić. A jednak robił to tak, jakby wiedział, że przyszli.
Drzwi do większej sali ustąpiły ciężko. Julián podniósł lampę. Światło najpierw dotknęło podłogi, potem dolnej części ściany, potem przesunęło się wyżej — powoli, nierówno, jakby samo nie chciało zobaczyć wszystkiego naraz. Przez chwilę Miguel widział tylko brunatne plamy, spękania tynku, ciemne pola, które mogły być wilgocią albo cieniem. Potem z mroku zaczęły wychodzić kształty.
Twarze. Ręce. Oczy. Coś ogromnego, pochylonego nad czymś mniejszym.
Nikt nie powiedział ani słowa.
To nie wyglądało jak kolekcja. Kolekcja potrzebuje porządku: ram, odstępów, podpisów, miejsca dla widza. Tutaj nie było miejsca dla widza. Ściany nosiły na sobie malunki obojętnie, czy widz był obecny, czy nie. Ten kto na nie patrzył, nie stawał się odbiorcą - stawał się intruzem.
Pascual pierwszy odzyskał głos.
— ¿Qué mierda es esta?
Powiedział to ciszej, niż zamierzał. Julián nie roześmiał się. Miguel też nie. Nawet Martínez Cubells przez chwilę milczał, jakby musiał najpierw dopasować do tego miejsca słowa, które przywiózł z Madrytu.
— Malowidła Goi — powiedział w końcu. — Te, po które przyjechaliśmy.
Pascual spojrzał na niego, potem na ściany, potem znowu na niego.
— To?
— Tak.
— To są obrazy?
Martínez Cubells przesunął lampę bliżej ściany. Światło drgnęło na powierzchni malowidła i natychmiast pokazało to, czego wcześniej nie było widać: nierówność tynku, spękaną warstwę farby, miejsca, gdzie ciemność nie była kolorem, lecz czymś głębiej wsiąkniętym w mur.
— Nie w zwykłym sensie — odpowiedział. — Nie wiszą. Zostały namalowane bezpośrednio na ścianach. Na tynku, na warstwie przygotowania, miejscami na papierze. Dlatego baron chce je przenieść. Jeśli zostaną tutaj, zniszczeją.
— Jeśli zostaną tutaj — powtórzył Pascual.
Brzmiało to tak, jakby próbował zrozumieć nie zdanie, lecz samą możliwość.
Miguel zrobił krok do przodu. Potem natychmiast się zatrzymał. Miał dziwne poczucie, że podszedł za blisko nie ściany, tylko czyjejś twarzy. Malowidła wyglądały jak coś, co obrosło ściany od środka. Nie jak dekoracja. Nie jak malarstwo, które ktoś przyniósł, powiesił i mógłby kiedyś zdjąć. Te kształty nie zaczynały się na powierzchni. Wychodziły z niej. Jak pleśń, jak wspomnienie, jak choroba domu, która przez lata dojrzewała pod wapnem i nagle znalazła kolor.
Julián uniósł lampę wyżej.
Na jednej ze ścian potworna postać pochylała się nad rozszarpanym ciałem. Jej oczy były szerokie, dzikie, ale nie patrzyły na ofiarę. Patrzyły gdzieś poza nią, jakby samo pożeranie było tylko czynnością, a prawdziwy lęk znajdował się w sali, pośród ludzi, którzy właśnie weszli.
Miguel poczuł zimno pod koszulą.
— Saturn — powiedział Martínez Cubells.
— Co?
— Saturn pożerający syna. Tak to nazywają.
— Kto nazywa?
Martínez Cubells nie odpowiedział od razu.
— Ludzie, którzy muszą jakoś mówić o tym, co na ścianach.
To zdanie zawisło między nimi niezręcznie.
Bo tytuł wydawał się nagle czymś zewnętrznym, prawie bezczelnym. Jak etykieta przyklejona do rany. Saturn, syn, mit — wszystko to mogło być prawdą, a jednak niczego nie tłumaczyło. Nazwa nie oswajała malunku. Przeciwnie: pokazywała tylko, jak bardzo była bezradna wobec tego, co na ścianie.
Pascual podszedł bliżej i wyciągnął rękę.
— Nie dotykaj — powiedział ostro Martínez Cubells.
Pascual cofnął dłoń, urażony.
— Przecież i tak mamy to zdjąć.
— Właśnie dlatego nie dotykaj.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
Wtedy gdzieś za ścianą coś cicho osypało się w dół.
Nikt już nie zażartował.
Martínez Cubells odwrócił się z powrotem do malowideł. Mówił teraz spokojniej, bardziej fachowo, jakby sam potrzebował własnego głosu, żeby postawić granicę między nimi a tym, co było na ścianach.
— Baron kupił dom. Malowidła są cenne. Bardzo cenne. Ale tutaj nie przetrwają. Wilgoć, pęknięcia, zły stan murów. Trzeba je zabezpieczyć, przenieść na płótno, przygotować do transportu. To trudne, ale możliwe.
— Możliwe ... — powiedział Julián.
— Tak.
Miguel spojrzał na ścianę. Możliwe. To słowo zabrzmiało dziwnie małe. Jakby ktoś powiedział, że możliwe jest zdjęcie cienia z człowieka i powieszenie go w innym pokoju. To nie wyglądało, jak obrazy przyczepione do domu. Pomyślał, że to raczej dom, który nauczył się patrzeć. Patrzył przez Saturna, przez ciemne twarze, przez procesje, przez starców, przez zwierzęta i stwory, których Miguel jeszcze nie widział, ale już czuł, że gdzieś dalej czekają. Patrzył nie jednym spojrzeniem, lecz wszystkimi ścianami naraz. I im dłużej stali w sali, tym bardziej stawało się jasne, że nie da się ich po prostu „zdjąć”.
Można będzie odciąć warstwę. Można będzie przykleić płótno. Można będzie przenieść farbę, tynk, papier, resztki tego, co da się uratować. Ale nikt nie powiedział, jak przenieść miejsce.
— No dobrze — powiedział w końcu Pascual, chociaż w jego głosie nie było już poprzedniej pewności. — Od czego zaczynamy?
Martínez Cubells spojrzał na Saturna.
— Od tego.
Julián przełknął ślinę.
— Najgorsze najlepiej mieć za sobą — powiedział.
Nikt mu nie odpowiedział.
Wynieśli część skrzyń z wozu. Praca, kiedy już się zaczęła, natychmiast stała się mniej straszna, bo każda ręka dostała coś do zrobienia. Pascual narzekał na ciężar desek. Julián sprawdzał lampy. Miguel rozwiązywał płótna i układał narzędzia w takim porządku, w jakim nauczył się je układać: ostrza osobno, szczotki osobno, szmaty złożone, klej zabezpieczony, małe naczynia ustawione tak, żeby nikt nie musiał ich szukać w połowie pracy.
Porządek pomagał.
Przez chwilę można było udawać, że to zwykła ściana i zwykłe malowidło. Zły stan podłoża, trudna powierzchnia, nierówna warstwa, ciemna farba, wilgoć. Nic więcej. Martínez Cubells mówił spokojnie, krótko, fachowo. Trzeba było najpierw obejrzeć krawędzie. Sprawdzić, gdzie tynk trzyma, a gdzie pracuje. Nie wolno było szarpać. Nie wolno było ufać temu, co z daleka wyglądało na mocne. Najpierw światło z boku. Potem dotyk. Potem decyzja.
Saturn patrzył.
A właściwie nie patrzył na nich. To było najgorsze. Gdyby patrzył prosto, można by uznać, że portret ich oskarża, a potem obronić się przed tym oskarżeniem zdrowym rozsądkiem. Ale jego oczy były zwrócone gdzieś obok, szerokie i dzikie, jakby pożeranie własnego dziecka nie było najstraszniejszą rzeczą, którą widział.
Miguel starał się nie patrzeć na ciało w dłoniach Saturna. Nie dlatego, że było nagie. Nie dlatego, że było rozszarpane. Tylko dlatego, że było bezbronne w sposób, który nie pozwalał myśleć o farbie. Za każdym razem, kiedy wzrok Miguela schodził niżej, ku tej jasnej, miękkiej resztce trzymanej w potwornych palcach, chłopak przypominał sobie nagle własne dłonie na płótnie, własne palce przy krawędzi ściany, własną ostrożność.
— Nie stój jak na mszy — mruknął Pascual. — Podaj.
Miguel podał mu naczynie. Zapach kleju wszedł w salę słodkawo i ciężko. Zmieszał się z wilgocią, kurzem i czymś jeszcze, czego nikt nie chciał nazwać, bo nie było pewne, czy należy do starego domu, do ściany, czy do ich własnych gardeł.
Pierwsza godzina minęła prawie spokojnie. Było to niepokojące.
Pracowali przy krawędzi, gdzie malowidło było słabsze. Martínez Cubells nachylał się bardzo blisko, czasem niemal dotykał ściany policzkiem, żeby zobaczyć, jak światło układa się na powierzchni. Julián trzymał lampę. Pascual klął pod nosem, ale ciszej niż zwykle. Miguel podawał narzędzia i coraz częściej łapał się na tym, że oddycha tylko wtedy, kiedy ktoś inny też oddychał.
— Tutaj — powiedział w końcu Martínez Cubells.
Wskazał miejsce przy dolnej krawędzi, gdzie warstwa pod malowidłem odstawała nieznacznie od muru. Nie było to nic nadzwyczajnego. Stary dom, stara ściana, zła wilgoć. Papier, tynk, klej, farba: wszystko, co przez lata udawało jedność, zaczynało zdradzać własne warstwy.
— Ostrożnie — powiedział.
Miguel przytrzymał płótno.
Julián przesunął światło.
Pascual wsunął narzędzie płytko, prawie nie dotykając farby. Przez chwilę nic się nie stało. Potem spod odchodzącej warstwy wysunął się brzeg papieru.
— Śmieci — powiedział Pascual.
Ale nie cofnął ręki. Papier był złożony. Nie był częścią podłoża. Nie należał do techniki. Tkwił tam osobno, wsunięty za warstwę przy krawędzi ściany, tak głęboko, że mógł czekać latami i nie zdradzić się nikomu, dopóki ktoś nie zaczął robić dokładnie tego, przed czym miał ostrzegać.
— Daj — powiedział Miguel.
Pascual prychnął.
— Chcesz zbierać pamiątki?
— Daj.
Coś w głosie chłopaka sprawiło, że Pascual podał mu papier bez kolejnego żartu. Miguel rozłożył kartkę powoli. Była sztywna, pożółkła, zabrudzona przy krawędzi ciemną smugą, która mogła być farbą, kurzem albo czymś, co przez lata przejęło kolor ściany. Pismo było nierówne, miejscami zbyt mocno wciśnięte w papier, miejscami prawie zanikające, jakby ręka pisała raz z gniewem, raz ze zmęczeniem.
— Co to? — zapytał Julián.
Miguel nie odpowiedział od razu. Przeczytał pierwsze zdanie po cichu. Potem podniósł wzrok na Saturna.
— Czytaj — powiedział Martínez Cubells.
Miguel przełknął ślinę.
— „Nie wiem, dlaczego to maluję.”
W sali zrobiło się bardzo cicho. Nie tak jak wcześniej, kiedy milczeli z powodu tego, co było na ścianie. Teraz milczenie miało źródło - znalazło zdanie i stanęło między nimi.
Miguel czytał dalej, wolniej, bo pismo nie wszędzie było wyraźne.
— „To jest najuczciwsze zdanie, jakie mogę napisać. Nie wiem. Gdybym wiedział, może malowałbym inaczej. Rozumniej. Porządniej. Tak, żeby potem można było powiedzieć: oto zamysł, oto temat, oto znaczenie. Ale nie ma zamysłu. Albo jest, tylko nie mój.”
Pascual poruszył się niespokojnie.
— Skąd wiesz, że to jego?
Miguel spojrzał na kartkę, jakby pytanie było za małe.
— Nie wiem.
— Czytaj dalej — powiedział cicho Martínez Cubells.
Miguel czytał.
— „Od kilku nocy ściany nie są puste. Patrzę na nie i wiem, że coś już tam jest, choć jeszcze nie położyłem farby. Nie widzę gotowych postaci. Nie słyszę głosów. Nie jestem kompletnie szalony - to nie halucynacje. To jest gorsze, bo czuję przymus.”
Julián opuścił lampę odrobinę za nisko. Światło drgnęło na twarzy Saturna i przez sekundę postać wyglądała, jakby poruszyła oczami.
— Wyżej — powiedział Martínez Cubells.
Julián poprawił lampę. Miguel czytał dalej.
— „Jakby ręka wiedziała wcześniej niż głowa. Jakby mur pod wapnem nosił obraz, a ja miałbym tylko zdjąć z niego ostatnią warstwę milczenia. Maluję, bo kiedy nie maluję, ściany są bardziej obecne. Czekają. Nie proszą. Nie grożą. Czekają z cierpliwością rzeczy, które przeżyją człowieka.”
Pascual splunąłby pewnie, gdyby byli na zewnątrz. W sali tylko przestąpił z nogi na nogę.
— Starczy — powiedział.
— Nie — odpowiedział Martínez Cubells.
Nie powiedział tego ostro. Powiedział jak ktoś, kto już zrozumiał, że skoro zaczęli, muszą usłyszeć do końca. Miguel obrócił kartkę. Na odwrocie pismo było gęstsze.
— „Nie wiem, dlaczego Saturn musi być tutaj. Nie wiem, dlaczego pies wychodzi z pustki. Nie wiem, dlaczego starcy, procesje, twarze i ciemność zbierają się na tych ścianach jak ludzie, którzy przyszli wcześniej na własny pogrzeb. Wiem tylko, że gdybym malował na płótnie, skłamałbym.”
Wtedy Julián spojrzał na płótna leżące pod ścianą. Nikt inny tego nie zrobił. Albo wszyscy zrobili to równocześnie i od razu odwrócili wzrok. Miguel czytał dalej, coraz ciszej.
— „Płótno jest dla obrazu. Ściana jest dla obecności. Dlatego maluję na ścianach.”
Za oknem koń parsknął nagle i szarpnął uprzężą. Dźwięk przyszedł z zewnątrz, zwyczajny, żywy, prawie komiczny. Nikt się nawet nie poruszył.
Pod pierwszą kartką były następne. Nie wszystkie dało się odczytać. Niektóre były poplamione, inne przerwane przy brzegu, jakby sam dom postanowił zachować tylko tyle, ile było potrzebne. Miguel rozkładał je po kolei na skrzyni z narzędziami, a Martínez Cubells patrzył na nie z twarzą człowieka, który znalazł dowód w sprawie, której nigdy nie chciał prowadzić. Na jednej z kartek było tylko kilka zdań. Miguel przeczytał je odruchowo, bez pytania o zgodę.
— „Ten dom wie więcej niż ja. Ja to czuję - nie wiem skąd. Może starość mówi we mnie cudzym głosem. Może choroba. Może głuchota. Może człowiek, który przestał słyszeć ludzi, zaczyna słyszeć rzeczy. Dom wie.”
Pascual prychnął, ale w tym dźwięku nie było już pogardy. Raczej zmęczenie.
— Wariat — powiedział.
— Może — odparł Julián.
To „może” było gorsze niż milczenie.
Miguel sięgnął po ostatnią kartkę. Ta była złożona raz jeszcze, bardzo starannie, jakby ktoś chciał opóźnić jej odczytanie nawet wtedy, kiedy już zostanie znaleziona. Papier pękł lekko przy zgięciu. Miguel czytał długo po cichu.
— Na głos — powiedział Martínez Cubells.
Chłopak pokręcił głową.
— Miguel.
Wtedy dopiero przeczytał.
— „Boję się, że ktoś kiedyś nazwie to obrazami i zechce je zdjąć.”
Nikt się nie poruszył. Za ich plecami Saturn trwał z otwartą paszczą nad ciałem dziecka.
Miguel czytał dalej, ale teraz głos mu się łamał.
— „Przyjdą ludzie spokojni i staranni. Nie z nienawiścią, tylko z troską. Będą mówić, że ratują, że trzeba przenieść. Będą dotykać ścian delikatnie, z szacunkiem, i właśnie dlatego zrobią im największą krzywdę.”
Julián zamknął oczy. Pascual powiedział coś pod nosem, ale tym razem nikt nie usłyszał co.
— „Jeśli te obrazy kiedyś zawisną gdzie indziej, nazwą je moim snem. Moim obłędem. Czarną wyobraźnią starego człowieka. Niech więc chociaż ktoś wie: to nie był tylko mój sen.”
Miguel przerwał.
— Dalej — powiedział Martínez Cubells.
Chłopak spojrzał na niego z czymś prawie jak prośba. Ale Martínez Cubells nie cofnął wzroku.
Miguel dokończył:
— „To dom śnił przeze mnie.”
Nikt nie powiedział nic przez długi czas.... Pracowali prawie bez słów. Nie dali rady zdjąć tego dnia ani Saturna, ani żadnego innego malunku.
Takie rzeczy nigdy nie dzieją się w jeden dzień. Jeden dzień — czasem pół dnia — wystarcza na zbrodnię. Na ratunek potrzeba czasu, narzędzi, kleju, rachunków, podpisów, powrotów, przerw, wysychających warstw i ludzi, którzy co rano muszą sobie od nowa tłumaczyć, że robią dobrze.
Nie można było pracować bez przerwy. Dom nie pozwalał na pośpiech, a może to oni potrzebowali przerw bardziej niż dom. Czekano, aż klej zwiąże. Czekano, aż powierzchnia przyjmie płótno. Czekano na światło, na ludzi, na decyzje, na pieniądze, na kolejny transport, na kolejną zgodę, na kolejne „można”. Wyjeżdżali i wracali. Za każdym razem dom stawał się trochę bardziej znajomy i trochę mniej możliwy do zniesienia.
Później opowiadano o tym krótko: baron kupił dom, konserwator przeniósł malowidła, dzieła zostały ocalone. Tyle mieściło się w zdaniu. Nie mieściły się w nim poranki, kiedy wracali do Quinta del Sordo z lampami, płótnem i klejem. Nie mieścił się zapach wilgoci. Nie mieściło się czekanie. Nie mieściło się to samo kłamstwo, powtarzane coraz ciszej, aż prawie brzmiało jak prawda.
Wiele miesięcy, a może lat później Miguel później pamiętał jednak tylko dwa dni.
Pierwszy, kiedy jeszcze się śmiali.
I ostatni, kiedy zdejmowali Psa.
Między tymi dwoma dniami było wszystko to, co on i reszta nazwali przedsięwzięciem barona, żeby nie musieć nazywać tego inaczej.
Najpierw był Saturn.
Potem kolejne ściany zaczęły tracić twarze. Zdejmowali to, co inni dopiero później nauczą się nazywać: Saturnem, Sabatem, Judytą, Atropos, Walką na kije, Asmodeą, Leocadią, Psem.
Zdjęli Judytę i Holofernesa, choć Miguel długo nie mógł przestać myśleć, że nóż Judyty nie był wymierzony w mężczyznę obok niej, tylko w ręce tych, którzy przyszli z ostrzami do ściany. Zdjęli Sabat czarownic, ten wielki, zbity tłum brzydkich twarzy skupionych wokół czegoś ciemnego, i od tamtej pory Julián przestał żartować, kiedy pracowali większą grupą. Zdjęli Pielgrzymkę do San Isidro, a potem Procesję do źródła San Isidro — albo Procesję Świętego Oficjum, jak mówili ci, którzy potrzebowali nazw — i za każdym razem mieli wrażenie, że nie odrywają malowidła, lecz wyprowadzają z domu tłum, który nie chce opuścić miejsca własnego święta.
Zdjęli Leokadię. Zdjęli Dwóch starców i Dwóch starców jedzących zupę. Zdjęli Mężczyzn czytających, chociaż po zapiskach Goi żaden z nich nie lubił już patrzeć na ludzi pochylonych nad papierem. Zdjęli Dwie kobiety i mężczyznę, z tym śmiechem, który nie wiadomo było, czy należy do kobiet, czy do domu. Zdjęli Asmodeę, unoszącą się nad przestrzenią tak niemożliwą, że Pascual pierwszy raz powiedział, iż chyba wolałby pracować przy zwykłym suficie w zwykłej kaplicy. Zdjęli Atropos, Parki, i wtedy Martínez Cubells przez cały dzień był bardziej milczący niż zwykle, jakby drażniła go myśl, że ktoś inny już dawno przeciął nić tej pracy. Zdjęli Walkę na kije, po której Pascual i Julián przez trzy dni prawie się do siebie nie odzywali, bo dzień wcześniej pokłócili się o narzędzie tak gwałtownie, że Miguel musiał wejść między nich.
Każda wizja zostawiała po sobie coś innego - nie tylko ślad na murze, to byłoby proste. Ślad można opisać: uszkodzona powierzchnia, nierówna warstwa, resztki kleju, różnica koloru, rana tynku. Ale po każdym malowidle zostawało też miejsce w powietrzu, jakby dom jeszcze przez chwilę trzymał kształt tego, co mu zabrano.
Z czasem sale zrobiły się jaśniejsze, a ich myśli i sumienia stawały się coraz bardziej ciemne.
Bez Saturna, bez Sabatu, bez pielgrzymek, bez starców i Park dom powinien wyglądać spokojniej. Powinien stawać się bardziej zwyczajny, bardziej nadający się do opuszczenia, rozebrania, sprzedania, zapomnienia. Ale Miguel miał wrażenie, że dom nie pustoszeje. Dom cichnie. A cisza po malunkach była gorsza niż ich obecność.
Psa zostawili na koniec.
Nie dlatego, że tak zaplanowali. Raczej dlatego, że nikt nie chciał powiedzieć pierwszy, że się go boi. Nie był największy. Nie był najokrutniejszy. Nie było w nim krwi, zębów, noża, tłumu, diabła ani ciała trzymanego w rękach potwora. Była tylko mała głowa wystająca z brunatnej pustki. Prawie nic. Zwierzę, które mogło patrzeć albo tonąć, albo czekać, albo znikać. Właśnie dlatego nikt nie chciał go ruszyć. Saturn był straszny i nikt nie chciał na niego patrzeć. Sabat był niepokojący, kazał odwracać od siebie oczy. Walka na kije była gwałtowna. Atropos była nieodwołalna. Ale Pies nie robił nic - po prostu był.
Przez wiele miesięcy Miguel mijał go za każdym razem, kiedy wchodzili na górę. Czasem miał wrażenie, że pies patrzy nad nimi, ku czemuś, czego oni jeszcze nie widzą. Czasem, że patrzy spod nich, jakby sala, dom i cała ziemia nad Manzanaresem zdążyły już go przykryć, a on jeszcze przez chwilę wystaje, ostatni, uparty, za mały na tak wielką pustkę.
Dzień ostatni.
Ostatniego dnia padało od rana.
Nie mocno. Tylko tyle, żeby droga stała się cięższa, ubrania wilgotniejsze, a dom bardziej obecny. W powietrzu było wapno, pleśń i klej. Pascual narzekał mniej niż zwykle, pluł tylko jak już kurz zupełnie zatkał mu gardło. Julián przestał gadać o piciu wina. Miguel milczał, choć wszyscy do niego zagadywali. Martínez Cubells obejrzał ścianę, dotknął krawędzi, kazał ustawić światło i przez dłuższą chwilę milczał.
— Dziś skończymy — powiedział w końcu.
Miguel stał najbliżej Psa.
Nie powinien tego robić. Wiedział o tym. Po tylu miesiącach powinien już umieć ustawić się przy pracy tak, żeby nie brać na siebie tego, czego nie trzeba. Ale kiedy Martínez Cubells wskazał mu miejsce, chłopak nie zaprotestował. Podszedł do ściany i uniósł ręce.
Pies patrzył ponad nim. Albo spod niego. Trudno było powiedzieć, skąd patrzy ktoś, kto prawie już zniknął.
Przy pierwszym dotknięciu Miguel poczuł, że ma mokre dłonie. Wytarł je o spodnie. Potem przytrzymał płótno. Martínez Cubells mówił cicho, precyzyjnie, prawie bez oddechu: jeszcze trochę, równo, nie za mocno, trzymaj krawędź, teraz.
Wszystko było jak zawsze. I właśnie dlatego Miguel nie wytrzymał.
Kiedy pierwszy fragment odszedł od ściany, chłopak wydał z siebie krótki, zduszony dźwięk.
— Ostrożnie — powiedział Martínez Cubells, myśląc, że poruszył ręką.
Miguel nie poruszył ręką. Po twarzy spływały mu łzy. Julián zobaczył je pierwszy. Otworzył usta, jakby chciał zażartować, ale przez chwilę nie znalazł słów. Potem znalazł najgorsze.
— Nie becz — powiedział. — To tylko kundel.
Miguel nie odpowiedział.
Pascual splunął w pył przy progu.
— Mierda, Julián. To tylko tynk.
Bo przez chwilę wszyscy wiedzieli, że Pascual ma rację. Pod ich palcami był tynk. Stara warstwa, papier, klej, farba, brud, wilgoć. Nie pies. Nie ciało. Nie głos domu. Tylko materia, którą należało zabezpieczyć, oddzielić, przenieść, ocalić.
Miguel otarł policzek ramieniem, ale łzy płynęły dalej.
— Tak nie można — powiedział.
Nikt nie zapytał: czego? To było najgorsze.
Wszyscy wiedzieli.
Nie można było przykładać płótna do ściany, która została namalowana po to, żeby nie stać się płótnem. Nie można było mówić „ratujemy”, kiedy każda ich czynność wyglądała jak spełnianie cudzego lęku. Nie można było czytać kartek starego człowieka, a potem robić dokładnie tego, przed czym te kartki ostrzegały.
Nie można było zdejmować ostatniego stworzenia z domu, który i tak tracił wszystko.
Pies nie tonął — pomyślał Miguel nagle - to dom znikał. To była ostatnia część domu wystająca ponad własny grób.
— Miguel — powiedział Martínez Cubells.
Nie ostro. Prawie łagodnie.
Chłopak pokręcił głową.
— On nie powinien wisieć gdzie indziej.
— To obraz — powiedział Julián, ale bez przekonania.
— Kundel — mruknął Pascual, też ciszej niż wcześniej.
— Tynk — powiedział Miguel.
Spojrzeli na niego.
— Właśnie dlatego.
Nikt nie zrozumiał albo wszyscy zrozumieli naraz. Gdyby to był tylko obraz, można by go było przenieść. Gdyby to był tylko pies, można by go było nazwać i opłakać. Ale jeśli to był tynk, jeśli to była ściana, jeśli to był dom — wtedy każde ich ostrożne dotknięcie było odrywaniem skóry od ciała.
Martínez Cubells zamknął oczy na jedną krótką chwilę.
Potem je otworzył.
— Dalej — powiedział.
Miguel nie ruszył się.
— Dalej — powtórzył Martínez Cubells.
Julián spuścił wzrok.
— Baron zapłacił — powiedział cicho.
Nie jak argument.
Jak wyrok.
I wtedy Miguel zrobił najgorszą rzecz, jaką mógł zrobić.
Posłuchał.
Finał.
Kiedy zdjęli Psa, nikt nie powiedział, że skończyli.
To słowo byłoby zbyt lekkie. Kończy się dzień, rachunek, podróż, butelka wina. Tego nie dało się skończyć. Dało się tylko oderwać ostatnią warstwę, zabezpieczyć płótno, odsunąć ręce i przez chwilę nie patrzeć na ścianę.
Malowidła przeniesiono na płótna.
Na murze została rana - nie była wielka, nie wyglądała tak strasznie, jak to ułożył sobie w głowie Miguel. Żadnej krwi, żadnego nagłego pęknięcia domu, żadnego znaku, który pozwoliłby powiedzieć: stało się coś niewybaczalnego. Został tylko jaśniejszy prostokąt, nierówny, miejscami ciemny od wilgoci, z resztkami papieru i farby przy krawędziach. Zwykły ślad po pracy. Tynk. Klej. Mur.
To tylko tynk — pomyślał Miguel. I poczuł, że jest mu niedobrze.
Pascual pierwszy odszedł od ściany. Zaczął zbierać narzędzia z przesadną głośnością, jakby każde stuknięcie miało dowieść, że nadal są w świecie przedmiotów, nie win. Julián stał przy skrzyni i patrzył na swoje ręce. Miał pod paznokciami ciemną farbę. Próbował ją zdrapać kciukiem, ale tylko rozmazał czerń po skórze.
Martínez Cubells długo nie ruszał się z miejsca. Patrzył na pustą ścianę po Psie. Nie na płótno. Nie na to, co ocalili. Na to, czego nie dało się zabrać.
— Zapakować — powiedział w końcu.
Głos miał tak cichy, że prawie niesłyszalny.
Nikt nie odpowiedział, ale wszyscy zaczęli robić to, co trzeba. Tak najłatwiej wrócić do świata: przez czynności. Płótno należało zabezpieczyć. Krawędzie osłonić. Narzędzia oczyścić. Kartki Goi schować. Lampy zgasić. Skrzynie wynieść. Drzwi zamknąć.
Miguel pomagał. Robił wszystko dokładnie, jak zawsze, tyle, że jeszcze dokładniej. Jakby precyzja mogła zmniejszyć winę. Jakby równo złożona szmata, dobrze związana lina i ostrożnie oparta skrzynia mogły powiedzieć za niego: nie chcieliśmy źle.
Ale dom już im nie odpowiadał.
Przez te wszystkie miesiące skrzypiał, trzaskał, oddychał wilgocią, sypał tynkiem, stawiał opór w miejscach, gdzie opór dało się wyjaśnić starością materii. Teraz milczał. Nie jak spokojne miejsce, tylko jak ktoś, komu odebrano głos i kto nie ma już czego bronić. Wyglądał jak ciało, z którego zdjęto skórę i które jeszcze przez chwilę zachowuje kształt człowieka. Ściany stały. Okna były na swoich miejscach. Schody prowadziły tam, gdzie wcześniej. Drzwi otwierały się i zamykały. Wszystko stało po staremu. A jednak nie było już tego, co sprawiało, że dom był domem Goi. Teraz stał się ruderą do zburzenia.
Miguel nie wiedział wtedy, że tak właśnie się stanie. Nie wiedział, że przyjdą inni ludzie, inne rachunki, inne decyzje, że miejsce zostanie uznane za niepotrzebne, że ściany, już bez twarzy, przestaną komukolwiek przeszkadzać. Nie wiedział, że kiedyś ktoś powie spokojnie: Quinta del Sordo została rozebrana.
Wyniesiono ostatnie płótno.
Wóz jęknął pod ciężarem skrzyń. Konie ruszyły powoli, niechętnie, jakby i one czuły, że wywożą z domu coś cięższego niż farbę, papier i tynk. Miguel szedł przez chwilę obok, z ręką opartą na brzegu wozu. Nie patrzył na skrzynie. Bał się, że jeśli spojrzy, zobaczy małą głowę Psa wystającą spod płótna, nie z obrazu, ale z ciemności, którą zabrali razem z nim.
Za nimi Quinta del Sordo stała nieruchomo.
Dom Głuchego - pomyślał Miguel i dopiero wtedy zrozumiał tę nazwę.
Quinta del Sordo - nie dlatego, że Goya był głuchy.
Dlatego, że oni byli.
Najpierw ktoś zabrał malunkom ściany.
Wkrótce ktoś zabierze światu dom Goi.