To nie był zwykły dom.
Casa de los Coroneles stała w La Oliva, na otwartej przestrzeni, jako rezydencja coronelato — dziedzicznej władzy pułkowników Fuerteventury, która łączyła funkcje wojskowe, cywilne i gospodarcze. Budynek miał plan zbliżony do czworoboku, około czterdziestu dwóch metrów z każdej strony, z fasadą zwróconą ku północy. Na dole otwierało się osiem okien. Na górze osiem drewnianych balkonów. Pośrodku znajdowało się wejście, nad nim herb Cabrerów, a po bokach dwie wieże zwieńczone blankami — znak władzy wojskowej wpisany w dom mieszkalny.
Wnętrze organizowało patio. Wokół niego biegły galerie, na dole i na piętrze, wsparte na drewnianych elementach i kamiennych bazach. Pokoje otwierały się do środka, ku dziedzińcowi, więc dom nie tylko mieścił ludzi, ale także ustawiał ich ruch. Kto wchodził, przechodził przez przestrzeń widzialną. Kto szedł galerią, mógł patrzeć w dół. Kto stał niżej, wiedział, że może być widziany.
Parter należał do funkcji domu: służby, magazynów, spichlerzy, stajni, pomieszczeń urzędowych i wojskowych. Piętro należało do rodu: salonów, sypialni, gabinetu, kaplicy i zakrystii. Dom dzielił więc świat bez potrzeby wypowiadania rozkazu. Na dole praca, konie, zboże, dokumenty i ludzie przychodzący z prośbą. Na górze nazwisko, dziedziczenie, modlitwa, widok i decyzja.
Sebastiana de Cabrera, córka Agustína de Cabrera Bethencourta, nie miała co do tego wątpliwości. Ten dom nie był tłem dla władzy. Był jej układem.
Codziennie mijała w galerii twarze mężczyzn, którzy przed nią nosili ten ciężar: Pedra Sáncheza Dumpiérreza, pierwszego pułkownika; Joségo Sáncheza Dumpiérreza, po którym urząd nie przeszedł już prostą męską linią; Melchora de Cabrera Bethencourta, który wszedł w dziedzictwo przez krew i małżeństwa; Ginésa de Cabrera Bethencourta, z którym wiązano początki samego domu; i Agustína, jej ojca, najpotężniejszego z nich wszystkich, człowieka, przy którym Casa de los Coroneles przestała być tylko rezydencją, a stała się znakiem panowania.
Patrzyli z portretów obojętnie, pogodzeni ze swoim losem.
Sebastiana czasem zatrzymywała się pod nimi i myślała, że może Pedro Sánchez Dumpiérrez miał jeszcze wybór. Może pierwszy z nich mógł powiedzieć: przyjmuję albo nie przyjmuję. Może Melchor, pierwszy z Cabrerów, który wszedł naprawdę w ten urząd, mógł jeszcze przez chwilę wyobrazić sobie inną drogę. Może nawet jej ojciec, Agustín, zanim dom nauczył się mówić jego głosem, był kiedyś człowiekiem stojącym przed możliwością, a nie tylko przed obowiązkiem.
Wcale nie była tego pewna. Natomiast była pewna jednego: ona wyboru nie miała.
Urodziła się już wewnątrz domu, który wiedział, gdzie postawić każde ciało. Wiedział, kto ma iść górą, kto dołem, kto ma czekać na patio, kto ma wejść do gabinetu, kto może spojrzeć z balkonu, a kto powinien spuścić wzrok. Wiedział, gdzie przechowuje się zboże, gdzie konie, gdzie dokumenty, gdzie modlitwę, gdzie nazwisko. Z czasem zaczęła rozumieć, że bogactwo nie zawsze otwiera drzwi. Czasem je zamyka lepiej niż ubóstwo. Ubogi człowiek nie miał dokąd pójść, bo nie miał za co. Ona nie miała dokąd pójść, bo wszystko należało do niej. Ziemia, dom, spichlerze, stajnie, ludzie, dokumenty, nazwisko, kaplica, portrety, obowiązek pamięci. Poza tym bogactwo pułkowników nie leżało w złocie. Leżało w ziemi, zbożu, kozach, orchilli, barrilli, dzierżawach, spichlerzach, stajniach i podpisach. Dom nie tylko stał nad wyspą. Dom ją liczył, magazynował i wynajmował.
Mogła mieć suknie z lepszego materiału, mogła kazać podać wino, mogła rozdawać jałmużnę i podpisywać decyzje. Ale nie mogła zniknąć. Nie mogła zejść z galerii i stać się po prostu kobietą przechodzącą przez miasto, której nikt nie zna, nikt nie waży spojrzeniem, nikt nie pyta, co zrobi z majątkiem ojca.
Czasem wyobrażała sobie Madryt, który znała tylko z cudzych opowieści. Nie konkretny budynek, nie ulicę, nie plac, lecz samo wyobrażenie miasta: światło padające na suknie, muzykę zagłuszającą nazwiska, sale, w których kobieta mogłaby przez kilka godzin decydować o własnym spojrzeniu, o następnym tańcu, o uśmiechu danym albo cofniętym.
Był rok 1791. Na tronie siedział już Karol IV, nowy król ze starego rodu Burbonów, a Madryt — przynajmniej w jej wyobraźni — musiał być pełen karet, wachlarzy, świec, teatrów, rozmów prowadzonych półgłosem i dyskretnych spojrzeń. Tam kobieta mogła wejść do sali i przez chwilę być tylko sylwetką w jedwabiu, ruchem ręki, zapachem pudru, śmiechem przy muzyce. Nie majątkiem. Nie nazwiskiem. Nie córką człowieka, który miał więcej ziemi, niż dało się objąć jednym spojrzeniem.
Myślała o sali rozświetlonej świecami, o podłodze gładkiej od kroków, o lustrze, w którym twarz nie odbija się razem z herbem nad bramą. O rozmowie, która nie zaczyna się od ziemi, spichlerzy, dzierżaw, barrilli, suszy, stad i dokumentów. O mężczyźnie, który prosi do tańca nie dlatego, że wie, czyją jest córką, ale dlatego, że przez moment widzi tylko kobietę stojącą pod żyrandolem.
Było to oczywiście niemądre i ona o tym wiedziała.
Madryt też miał swoje domy, swoje nazwiska, swoje układy, swoje małżeństwa ustalone wcześniej niż spojrzenia. Ale z daleka nawet cudza niewola potrafi wyglądać jak wolność, jeśli różni się od własnej. Lecz ona miała dwadzieścia dziewięć lat i coraz wyraźniej czuła, że jej życie nie otwiera się przed nią jak droga, lecz domyka jak dokument.
Na Fuerteventurze wszystko było zbyt jasne, całkowicie odsłonięte i pozbawione tajemnicy. Była ziemia, ale sucha; wiatr, ale taki, który nie przynosił ulgi; światło, lecz zbyt ostre, jakby nie chciało niczego ukryć. Były kozy, kamienie, pył, pola czekające na deszcz, spichlerze, które raz napełniały się zbożem, a raz przypominały, że dostatek na wyspie nigdy nie jest pewny. Były drogi, które nie prowadziły do wielkich miast, tylko od jednej zależności do drugiej. Byli ludzie, którzy przychodzili do domu z prośbą, z rachunkiem, z dzierżawą, z głodem, z nadzieją, że na górze ktoś podejmie decyzję.
Dom stał na równinie i nawet wiatr zdawał się wiedzieć, kim ona jest. Galeria, patio, portrety, kaplica, gabinet ojca, dokumenty, ludzie czekający na dole — wszystko przypominało jej, że bogactwo nie jest możliwością ruchu, lecz ciężarem, którego nie wolno upuścić.
W Madrycie mogłaby przez jedną noc wmieszać się w tłum znaczniejszych od niej postaci. W La Olivie znajdowała się na szczycie struktury, która ją więziła. Bo po co jej było bogactwo, którego nie mogła obrócić w sprawczość? Po co ziemia, jeśli przywiązywała mocniej niż ubóstwo? Po co dom, jeśli każdy balkon dawał widok, ale żaden nie dawał wyjścia?
Sebastiana miała prawie wszystko: ziemię, nazwisko, portrety, balkony, kaplicę, spichlerze, stajnie, dokumenty. Ludzi, którzy zdejmowali kapelusze, kiedy przechodziła. Prawo do wydawania poleceń i obowiązek wysłuchiwania próśb. Miała tyle, że nie mogła z tym zrobić prawie nic.
Bo co znaczy mieć wszystko na wyspie, na której wszystko jest brakiem?
Mogła patrzeć z galerii na patio, ale patio wciąż było tym samym miejscem. Mogła wejść do kaplicy, ale modlitwa odbijała się od tych samych ścian. Mogła kazać otworzyć okno, ale za oknem był ten sam wiatr, ta sama równina, ta sama jasność, która nie pozwalała udawać, że gdzieś blisko zaczyna się inny świat.
W Madrycie bogactwo mogło stać się ruchem: suknią, karetą, teatrem, muzyką, światłem na posadzce, rozmową, której następnego dnia nikt już nie pamięta. Na Fuerteventurze bogactwo było nieruchome. Leżało w ziemi, której nie dało się zabrać ze sobą. Stało w murach, których nie dało się złożyć do kufra. Tkwiło w nazwisku, które szło przed nią, zanim zdążyła wypowiedzieć własne imię.
Sebastiana miała wszystko, czego można było tutaj pragnąć, dlatego coraz częściej rozumiała, że nie ma niczego, czego może zapragnąć naprawdę.
Czasem, mijając portrety w galerii, myślała, że mężczyźni przynajmniej mogli udawać, że wybrali władzę.
Ona miała ją odziedziczyć jak pokój, w którym już stoją meble: można przesunąć krzesło, można zmienić zasłonę, można kazać otworzyć okno, ale ścian nie da się przestawić. A Casa de los Coroneles miała bardzo grube ściany.
Madryt był daleko - Casa de los Coroneles była tutaj.
Dom wiedział, że nie musi jej zamykać. Wystarczyło, że wszystko, co miała, znajdowało się w jego murach.
Jej ojciec mógł jeszcze myśleć, że posiada dom.
Sebastiana zaczęła podejrzewać, że to dom posiada ją.