Ja, Jahja, musiałem zasnąć późnym popołudniem w ogrodach Jannat al-ʿArīf .
Obudziłem się nagle, z twarzą zwróconą ku wodzie. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem, choć przecież znałem te ogrody od dziecka. Znałem cień cyprysów, szorstkość ścieżek pod podeszwą, chłód kamienia przy kanale, miękkie ugięcie ziemi tam, gdzie ogrodnik rano podlewał rabaty. Znałem zapach mirtu, gorzkawy i zielony, zapach liści rozgrzanych słońcem, zapach mokrych płyt, które nawet w upale zachowywały coś z nocy. A jednak przez pierwsze uderzenie serca wszystko wydawało się obce... Woda płynęła obok mnie wąskim kanałem. Nie szumiała - raczej mówiła do siebie, cicho, jednostajnie, tak jak mówią ludzie, którzy nie potrzebują odpowiedzi. Na jej powierzchni drżało światło późnego popołudnia. Złoto, zieleń, biel nieba, cień gałęzi — wszystko to pękało i składało się na nowo, jakby ogród oddychał przez wodę. Podniosłem rękę do twarzy. Na policzku miałem odciśnięty ślad rękawa. Zasnąłem w ubraniu, oparty o niski mur, z głową przechyloną na bok. W ustach czułem suchość snu i lekki smak pyłu. Nie tego ciężkiego, ulicznego, który wchodzi między zęby, lecz drobnego, złocistego pyłu ogrodów: startego kamienia, ziemi, pyłku kwiatów, wyschniętych igieł cyprysów. Unosił się w powietrzu, widoczny dopiero w świetle, jakby ktoś rozsypał nad Jannat al-ʿArīf pył ze słońca.
Usiadłem prosto. Dopiero wtedy usłyszałem ucztę. Dochodziła z oddali, z jednego z pałaców, może z jednej z sal, może z dziedzińca, może z miejsca, którego chwilowo nie widziałem, ale którego położenie znałem po sposobie, w jaki głosy odbijały się od murów. Najpierw były głosy: męskie, wysokie i niskie, nakładające się na siebie, przerywane śmiechem. Potem metaliczny brzęk naczyń. Krótki śmiech kobiety, od razu przytłumiony. Ktoś klasnął w dłonie. Potem odezwał się instrument strunowy — miękko, nisko, jakby ktoś dotknął ciemnego drewna i wydobył z niego zapach. Muzyka nie dochodziła równo. Wiatr przynosił ją kawałkami. Raz słyszałem tylko puls bębna, głuchy i cierpliwy, podobny do kroków na pustym korytarzu. Potem flet, cienki, giętki, prawie srebrny. Potem głos śpiewaka, daleki, rozciągnięty, tak lekki, że przez chwilę zdawało mi się, iż to nie człowiek śpiewa, lecz cień poruszający się pod arkadami.
W powietrzu było gorąco, ale słońce zaczynało już zachodzić. O tej porze kamień oddaje ciepło powoli, niechętnie. Mury pachną wtedy dniem: wapnem, kurzem, gliną, wodą, która wyparowała i zostawiła po sobie ciemniejszą plamę. Z ogrodów dochodziła woń mokrej ziemi, zgniecionych liści i czegoś słodszego — może fig, może kwiatów, może resztek owoców leżących gdzieś w cieniu. Z oddali, od uczty, przychodził zapach mięsa, tłuszczu, dymu, miodu, migdałów. Zapach ludzi, którzy jedzą i rozmawiają, kiedy słońce jest jeszcze nad wzgórzem, a noc czeka za murami.
Przypomniałem sobie, po co mnie posłano.
Wersy.
Nie poemat. Nie pochwałę. Nie zabawę dworu. Wersy świętej Księgi, które miały zostać sprawdzone, zanim trafią na drewno. Drewniane stele leżały już przygotowane: gładkie, jasne, wybrane bez sęków, wypolerowane tak, że pod palcami nie czuło się drzazg, tylko napiętą powierzchnię. Miały stanąć w miejscu, gdzie światło nie padało nigdy tak samo. Litery musiały więc być czyste. Oddech wersetu musiał zostać zachowany. Nie wolno było zgubić znaku, skrócić frazy, pomylić końcówki, przesunąć słowa tak, by oko czytało jedno, a ucho pamiętało drugie. W kancelarii mówiono, że drewno jest łagodniejsze od kamienia, ale mniej wyrozumiałe niż papier. Papier przyjmie poprawkę. Kamień każe długo czekać, zanim dopuści narzędzie. Drewno jest żywe nawet po ścięciu. Ma kierunek, włókno, opór. Potrafi wciągnąć tusz, rozlać linię, pęknąć tam, gdzie ręka była zbyt pewna. Trzeba z nim mówić spokojnie.
Wstałem. Przez chwilę zakręciło mi się w głowie. Sen zostawił we mnie ciężar, jakby ktoś położył mi na skroniach wilgotną tkaninę. Oparłem się o mur. Pod dłonią poczułem ciepło kamienia i drobne nierówności zaprawy. Nad kanałem leciały małe owady. Ich skrzydła migały w świetle, znikały, pojawiały się znowu. Gdzieś w gałęziach ptak potrząsnął liśćmi. Woda płynęła dalej, obojętna na moje spóźnienie.
Zebrałem pergaminy.
Miałem je zawinięte w tkaninę koloru starego granatu. Materiał był wyblakły na zgięciach, jaśniejszy tam, gdzie często dotykały go palce. Rozwiązałem sznurek i sprawdziłem, czy arkusze są suche. Były. Pachniały klejem, atramentem i skórą. Atrament miał zapach ostry, metaliczny, trochę cierpki. Gdy przybliżyłem pergamin do twarzy, poczułem go od razu; ten zapach zawsze budził we mnie ostrożność. Przy atramencie człowiek prostuje plecy. Nie mówi byle jak. Nie oddycha zbyt głośno.
Ruszyłem w dół.
Jannat al-ʿArīf zostawało za mną powoli, nie od razu. To miejsce nie wypuszcza człowieka jednym gestem. Najpierw idzie się jeszcze wzdłuż wody, jeszcze pod cieniem, jeszcze między zielenią tak starannie ułożoną, że wydaje się naturalna dopiero po długim patrzeniu. Potem ścieżka zmienia nachylenie. Znika śpiew ogrodu, pojawia się suchszy oddech muru. Pomiędzy Jannat al-ʿArīf a Alhambrą jest wąwóz, prawie niewidzialny, ale ciało go zna. Nogi czują zejście, potem podejście. Wiatr porusza się inaczej. Dźwięk uczty staje się raz bliższy, raz dalszy.
Po prawej mignęły mi mury. Nie były naprawdę czerwone. O tej porze miały kolor rozgrzanej gliny, wyschniętej krwi, skórki granatu, ziemi po deszczu, kiedy słońce wyciągnie z niej wszystko, co ciemne. Wieże zdawały się ciężkie z daleka, ale kiedy człowiek zbliżał się do pałaców, ciężar ustępował miejsca cieniowi, a cień — chłodowi. Przeszedłem przez przejścia, które znałem tak dobrze, że nie musiałem na nie patrzeć. Ciało samo skręcało tam, gdzie trzeba. Pod palcami miałem gładkość futerału z pergaminami. Przy biodrze uderzał mnie niewielki woreczek z piaskiem do osuszania atramentu. Słyszałem własne kroki: raz matowe na ziemi, raz ostre na kamieniu, raz prawie niesłyszalne, kiedy stopy trafiły na cień i chłód.
Muzyka była teraz wyraźniejsza.
Zatrzymałem się na moment przy jednym z przejść. Głos recytatora niósł się z głębi pałacu. Nie śpiewał tak jak śpiewak przy uczcie. Recytował. Głos miał długi, jasny, z lekkim drżeniem na końcu frazy. Ktoś powiedział obok mnie, szeptem, że to wersy Ibn Zamraka. Nie widziałem go. Nie widziałem recytatora ani tych, którzy słuchali. Ale słowa płynęły przez przestrzeń, odbijały się od stiuków, przechodziły pod łukami, mieszały się z wodą i krokami służby. Poezja w Alhambrze nigdy nie była tylko głosem. Głos był jej pierwszą chwilą, może najdelikatniejszą. Potem zostawał rytm. Potem miejsce przejmowało resztę.
Szedłem dalej.
W Pałacu Lwów powietrze było inne. Dziedziniec otworzył się przede mną nagle — jasny, chłodny, biały od marmuru i światła. Al-Riyāḍ al-Saʿīd nie potrzebował dużej przestrzeni, by człowiek poczuł się mniejszy. Wystarczała fontanna pośrodku i kolumny, cienkie, liczne, ustawione tak lekko, jakby ktoś zbudował z kamienia cień drzew. Lwy dźwigały misę w milczeniu. Woda spływała z niej powoli, bez patosu, bez wysiłku. Jej dźwięk był niższy niż w Jannat al-ʿArīf . Tam woda biegła jak zdanie przez ogród. Tu krążyła, dzieliła się, wracała, dotykała marmuru i znikała w kanałach.
Stanąłem na brzegu dziedzińca. Światło było tu bielsze. Odbijało się od posadzki i wchodziło pod powieki nawet wtedy, gdy patrzyłem w cień. Między kolumnami unosił się pył, ale inny niż w ogrodach: drobniejszy, bardziej suchy, zmieszany ze stiukiem, wapnem, pyłem z tkanin, skórą sandałów, dymem lamp, oddechem wielu ludzi. W słońcu wyglądał jak złoto. W cieniu znikał.
Przez dziedziniec przeszedł chłopiec z dzbanem. Na rękach miał mokre ślady. Spojrzał na mnie szybko i od razu spuścił oczy. Z jednej z sal dobiegł śmiech, potem dźwięk strun, potem krótkie uderzenie w bęben. Uczta toczyła się gdzieś blisko, ale nie tutaj. Tutaj wszystko było bardziej napięte, jakby marmur zmuszał głosy do ciszy.
Przycisnąłem pergaminy do piersi i wszedłem do Sali Dwóch Sióstr. Chłód uderzył mnie od razu. Nie był to chłód nocy ani cień piwnicy. Był to chłód wnętrza, które przez cały dzień broniło się przed słońcem. Pachniało tu gipsem, drewnem, kurzem i wodą. Pachniało też tymi, którzy tu cały dzień przemykali: olejkiem we włosach, jedzeniem, skórą, lampami, które jeszcze nie płonęły, ale czekały na wieczór. Zatrzymałem się pod kopułą.
Nad głową miałem niebo zrobione ręką człowieka.
Muqarnas rozchodziły się wysoko, coraz drobniejsze, coraz bardziej niemożliwe. Nie były sklepieniem, tylko rojem form. Kamień, gips, cień — wszystko dzieliło się tam na małe komory, wnęki, uskoki, przejścia. Światło wpadało z boku i zatrzymywało się na krawędziach. Każda krawędź miała własny cień. Każdy cień miał własną głębię. Kiedy poruszyłem głową, kopuła także się poruszyła, choć przecież była nieruchoma.
Na ścianach biegły napisy. Jedne znałem od dawna. Inne mijałem tyle razy, że przestałem je czytać oczami, a jednak ciało wiedziało, że są. Pismo nie leżało na murze jak rzecz dodana później. Wyrastało z ornamentu, chowało się w nim, powracało, prostowało, zawijało. Linie były ostre i miękkie zarazem. Tam, gdzie oko chciało śledzić liść, zaczynała się litera. Tam, gdzie rozpoznawało literę, ornament znów odbierał jej ciężar.
Rozłożyłem arkusze na niskim pulpicie.
Drewno pulpitu było ciemne, wypolerowane łokciami i dłońmi. Miało w sobie zapach starych sal: żywiczny, ciepły, lekko gorzki. Obok leżały przygotowane deski, jeszcze bez napisu. Dotknąłem jednej z nich opuszkami palców. Była gładka, ale nie martwa. Pod powierzchnią czułem kierunek włókien. Cienkie linie biegły przez nią jak ukryta woda.
Usiadłem.
Nie od razu zacząłem czytać. Najpierw słuchałem. Z daleka wciąż dochodziła recytacja Ibn Zamraka. Teraz głos był mniej wyraźny, ale bardziej obecny. Słowa traciły kontury i stawały się falą. Między nimi pojawiał się śmiech, szmer naczyń, kilka dźwięków fletu. Ktoś przeszedł po dziedzińcu szybkim krokiem, gdzieś zarżały konie . Sandały szurnęły po kamieniu. Potem znów woda. Woda zawsze wracała. W Alhambrze nawet milczenie miało w sobie wodę.
Wziąłem pierwszy arkusz.
Wersy Koranu zapisano ręką pewną, ale nie ozdobną. To było pismo do sprawdzenia, nie do podziwiania. Zbliżyłem twarz do pergaminu. Atrament lekko połyskiwał w miejscach, gdzie linia była grubsza. Przesunąłem palcem obok tekstu, nie dotykając liter.
Zacząłem czytać na głos. Powoli.
Nie tak, jak czyta się ludziom. Nie tak, jak recytator czyta poezję przy uczcie, budując napięcie głosem, zatrzymując słuchaczy na końcu frazy. Czytałem niżej, ostrożniej. Mój głos miał sprawdzić nie piękno, lecz zgodność. Miał przejść przez każdy znak, przez każde wydłużenie, przez każdy oddech. Miał usłyszeć, czy ręka nie zdradziła pamięci.
Pierwszy wers wypowiedziałem prawie szeptem.
Sala przyjęła go bez echa.
Drugi — trochę głośniej.
Wtedy usłyszałem, jak głos dotyka ściany. Nie odbijał się od niej ostro. Stiuk łagodził dźwięk, dzielił go, rozpraszał pod kopułą. Litery na pergaminie stały się nagle cięższe. To, co na stole było linią, w powietrzu stawało się ruchem. Każde słowo miało początek, napięcie i zanik. Każde potrzebowało miejsca, zanim mogło ustąpić następnemu.
Czytałem dalej.
Za mną ktoś wszedł do sali, ale nie przerwałem. Usłyszałem tylko oddech, potem ciche przesunięcie tkaniny. Może był to rzemieślnik od drewna. Może chłopiec z lampą. Może ktoś z kancelarii, przysłany, by sprawdzić, czy rzeczywiście pracuję, a nie stoję bezczynnie, zapatrzony w kopułę. Nie odwróciłem się. Przy świętym tekście człowiek nie rozgląda się bez potrzeby.
Kiedy skończyłem pierwszy fragment, położyłem obok niego cienką deseczkę z zaznaczonym miejscem napisu. Porównałem długość wersetu z szerokością pola. Zbyt ciasno. Litery mogłyby się zmieścić, ale oddech już nie. Poprosiłem o nożyk. Ktoś podał mi go bez słowa. Na odwrocie deski zaznaczyłem krótką kreskę: trzeba poszerzyć pole albo zmienić układ. Nie wolno ścisnąć wersetu tak, by wyglądał jak człowiek zmuszony do przejścia przez zbyt wąskie drzwi.
Drugi fragment czytałem przy wejściu do miejsca, które nazywano okiem domu A’iszy.
Wstałem, zabierając arkusz i jedną z desek. Światło było tam inne. Nie była to wielka przestrzeń, a jednak zmieniała wszystko. Sala Dwóch Sióstr trzymała głos wewnątrz siebie, pod kopułą, wśród ornamentów. Tutaj głos otwierał się ku ogrodowi. Kiedy stanąłem bliżej okna, poczułem zapach liści i wilgoci. Powietrze było chłodniejsze. Nie tak zielone jak w Jannat al-ʿArīf, bardziej zamknięte, bardziej cieniste, jakby ogród za oknem oddychał przez kamienne płuca pałacu.
Spojrzałem na zewnątrz.
Liście poruszały się powoli. Nie widziałem całego ogrodu, tylko jego fragmenty: ciemną linię gałęzi, jasną smugę wody, migotanie światła na czymś mokrym, może na kamieniu, może na liściu. To miejsce było stworzone do patrzenia, ale nie dawało wszystkiego. Dawało tyle, ile trzeba, by człowiek zapragnął zobaczyć więcej. Właśnie dlatego było doskonałe.
Rozwinąłem arkusz.
Z oddali znów doszedł głos recytujący poemat Ibn Zamraka. Tym razem wyraźniej. Wers uniósł się nad muzyką, przeciął śmiech, przeszedł przez dziedziniec i zgasł gdzieś nad wodą. Przez chwilę poczułem dziwne napięcie: tam, daleko, poezja pałacu, słowa o pięknie, świetle, władcy, ogrodzie; tutaj, przede mną, wersy, których nie wolno traktować jak ozdoby. Jedne słowa mogły płynąć, błyszczeć, chwalić, uwodzić. Drugie wymagały czystości.
Ale Alhambra mieściła oba głosy.
Zacząłem czytać ponownie.
Przy oku A’iszy mój głos brzmiał inaczej. Wychodził ze mnie i od razu spotykał powietrze z ogrodu. Nie zatrzymywał się pod kopułą. Robił krok dalej, ku liściom, ku wodzie, ku ciemniejącemu światłu. Czytałem powoli, a między wersami słyszałem wszystko: kroplę spadającą gdzieś w kanale, szelest tkaniny za plecami, odległy śmiech, niski ton strun, owada uderzającego o kamień, własny oddech, który musiałem uspokajać.
Nie chciałem się pomylić.
Nie chodziło o karę. Nie myślałem o karze. Myślałem o drewnie. O tym, że jutro albo pojutrze rzemieślnik weźmie deskę, pochyli się nad nią i zacznie prowadzić linię. Tam, gdzie ja teraz pozwolę sobie na pośpiech, on może utrwalić błąd. Tam, gdzie źle usłyszę długość, jego ręka zrobi za ciasny łuk. Tam, gdzie oko prześlizgnie się nad znakiem, drewno przyjmie fałsz.
Drewno nie zapomina.
Czytałem więc jeszcze raz. I jeszcze raz.
Za trzecim razem sala ucichła. Nie wiem, czy naprawdę, czy tylko tak mi się zdawało. Muzyka oddaliła się. Śmiech stał się miękki, jakby przeszedł za zasłonę. Został tylko mój głos i zapach drewna. Czułem go mocno, bo trzymałem deskę blisko twarzy. Żywica, pył, gładzenie, ręce stolarza, cień warsztatu, świeżość materiału, który jeszcze nie wie, co zostanie mu powierzone.
Ostatni wers wypowiedziałem ciszej. Potem długo milczałem.
Nie dlatego, że skończyłem pracę. Jeszcze trzeba było porównać zapis, zaznaczyć miejsca przerw, sprawdzić proporcje pól, wezwać człowieka z lampą, bo zmierzch zaczął wchodzić do sali. Ale przez chwilę stałem nieruchomo przy Miradorze Lindaraja i patrzyłem na ogród.
Złoty pył nadal unosił się w powietrzu. Widziałem go teraz także wewnątrz pałacu. Wchodził przez otwory, prześwity, okna, razem z ostatnim światłem. Osiadał na krawędziach stiuku, na pulpicie, na dłoniach, na ciemnych włosach chłopca, który przyniósł lampę. W tym blasku litery na pergaminie wyglądały, jakby nie były napisane atramentem, lecz cieniem.
Ktoś daleko znów zaczął recytować poemat.
Nie rozpoznałem wszystkich słów. Może zjadła je odległość, może muzyka, może woda. Ale rozpoznałem rytm. Był w nim ten sam ruch, który miały kanały Jannat al-ʿArīf, ten sam powrót, który miała fontanna na Dziedzińcu Lwów, ta sama zmienność światła na muqarnas. Alhambra nie była cicha. Nigdy nie była cicha. Nawet gdy milczała, pełna była głosów: świętych wersów, poezji, rozkazów, śmiechu, modlitwy, muzyki, szeptu służby, szelestu papieru, oddechu drewna, wody, która wszędzie znajdowała drogę.
Ktoś nagle zawołał - już za ciemno, skończysz jutro, Jahja. Zwinąłem arkusze, przycisnąłem je do piersi i wyszedłem z powrotem przez Salę Dwóch Sióstr. Chłód wnętrza został mi jeszcze na skórze, kiedy znów stanąłem pod kolumnami.
Zostałem jeszcze chwilę na Dziedzińcu Lwów. Nie wiem, dlaczego właśnie wtedy znieruchomiałem. Może przez wodę, która płynęła zbyt spokojnie. Może przez światło, coraz niższe, coraz bardziej miodowe, osiadające na grzbietach kamiennych zwierząt. Może przez muzykę, która nagle oddaliła się tak bardzo, jakby uczta odbywała się nie w sąsiednich salach, lecz po drugiej stronie czasu. Stałem z arkuszami przy piersi, z pyłem na rękawie i atramentem na palcach, kiedy gdzieś we mnie — nie w uchu, nie w pamięci, raczej w miejscu, którego człowiek nie umie wskazać — pojawiły się słowa:
Będziesz płakał jak kobieta za tym, czego nie umiałeś obronić jak mężczyzna. *
Nie zrozumiałem ich.
Nie należały do nikogo obecnego na dziedzińcu. Nie wypowiedział ich starszy pisarz, nie chłopiec od lamp, nie recytator, którego głos wciąż jeszcze niósł się gdzieś pod arkadami. Nie przyszły też z muzyki ani z wody. Były zbyt ostre. Miały w sobie żelazo. Nie brzmiały jak wers poematu, nie miały miękkości pochwały, nie znały łagodnego oddechu ogrodu. Były krótkie i zimne. Jak nóż położony na białym marmurze. Spojrzałem na fontannę. Lwy stały bez ruchu, tak jak stały zawsze. Dźwigały misę z tą samą cierpliwością, z tym samym kamiennym uporem. Woda spływała z niej cienkimi strugami, spokojna, prawie obojętna. Nie było w niej ani groźby, ani współczucia. Tylko trwanie.
A jednak po tych słowach dziedziniec wydał mi się inny.
Kolumny, przed chwilą lekkie jak trzciny, nagle wydały mi się kruche. Jakby wystarczyło jedno uderzenie, jeden obcy krok, jedno słowo wypowiedziane zbyt głośno, żeby cały ten biały las rozsypał się w pył. Marmur pod stopami nie był już chłodny. Był bezbronny. Zbyt jasny, zbyt czysty, jak ciało, które jeszcze nie wie, że zostanie zranione. Cienie pod arkadami zgęstniały. Nie dawały już schronienia. Wyglądały jak przejścia, przez które ktoś kiedyś będzie musiał wyjść, nie oglądając się za siebie. Złoty pył nadal unosił się w powietrzu. Przed chwilą był światłem, zapachem ogrodu, resztką dnia. Teraz wyglądał jak popiół, który jeszcze nie wie, że jest popiołem.
Wydawało się, że Dziedziniec Lwów stał się opuszczonym rajem. Nie pustym — to byłoby łatwiejsze. Woda wciąż płynęła. Muzyka wciąż dochodziła z daleka. Ktoś się śmiał. Ktoś niósł lampę. Pałac żył. I właśnie to było najstraszniejsze: że wszystko trwało, jakby nic się nie miało nastąpić. Stałem tam z arkuszami przy piersi i poczułem, że są miejsca, których człowiek nigdy naprawdę nie posiada. Można znać każdy cień, każdy zapach, każdy chłód kamienia. Można mieć tu swoje imię, swoje obowiązki, swoje ślady na posadzce.
A jednak przychodzi chwila, kiedy trzeba wyjść.
Nie z pałacu.
Z raju.
Nagle dotarł do mnie śpiew muezina z głównego meczetu Alhambry — jasny, wysoki, niosący się ponad wodą, muzyką i moim własnym przerażeniem. Zamrugałem oczami, jakbym się ocknął.
Alhambra trwała wokół mnie bez zmiany. Uczta daleko znów podniosła głos. Ktoś zaśmiał się głośno, potem ucichł. Struny zadrżały, flet wszedł wysoko, zbyt wysoko, aż do bólu. Z Sali Dwóch Sióstr wyszedł chłopiec z lampą, osłaniając płomień dłonią. Światło drżało między jego palcami jak małe, posłuszne zwierzę. Miałem atrament na palcach, pył na rękawie i smak wody w ustach, choć od dawna niczego nie piłem. Gdzieś daleko trwała uczta. Ktoś recytował poemat. Wieczór schodził na Alhambrę powoli, jak zasłona opuszczana przez niewidzialną rękę.
Nazywam się Jahja.
I po raz pierwszy tego dnia pomyślałem, że są zdania, których nikt nie zapisuje, a które mimo to trwają dłużej niż inskrypcje.
*Zdanie „Będziesz płakał jak kobieta za tym, czego nie umiałeś obronić jak mężczyzna” nawiązuje do słów tradycyjnie przypisywanych Aiszy, matce Boabdila, ostatniego władcy Granady. Według legendy miała je wypowiedzieć, gdy Boabdil opuszczał Granadę po jej kapitulacji. Historyczność tej sceny i samego sformułowania pozostaje niepewna; funkcjonuje ono przede wszystkim jako część późniejszej legendy o utracie Alhambry.