Stałam przed ciężkimi, ciemnymi drzwiami z okrągłą gałką. Przekręciłam ją delikatnie — ustąpiła z lekkim skrzypieniem. Otworzyłam drzwi i znalazłam się w gabinecie.
Przede mną stało krzesło podsunięte do biurka.
Rozejrzałam się.
Pokój był większy, niż można było przypuszczać, patrząc z korytarza, lecz jego rozmiary trudno było od razu ocenić. Ciemne meble, ciężkie zasłony i wysokie regały odbierały mu regularność. Sufit znajdował się wysoko, niemal poza zasięgiem światła, a w jego narożnikach zalegał cień tak gęsty, że nie sposób było rozstrzygnąć, gdzie kończyła się ściana. Pośrodku wisiał mosiężny żyrandol o sześciu ramionach. Wosk spływał po nich długimi, zastygłymi strużkami. Świece wypaliły się nierówno: jedna pozostała niemal cała, po dwóch zostały tylko czarne knoty, pozostałe przechyliły się w lichtarzach, jakby zmiękły od gorąca i nie zdążyły odzyskać kształtu przed zgaśnięciem.
Ściany pokrywała ciemnozielona tapeta. W pierwszej chwili dostrzegłam tylko gęsty ornament roślinny, później zaczęłam rozróżniać poszczególne łodygi, liście i kwiaty. Cienkie gałązki wychodziły jedna spod drugiej, krzyżowały się, znikały pod szerokimi liśćmi akantu i pojawiały ponownie kilka cali dalej. Pomiędzy nimi tkwiły drobne ptaki z głowami zwróconymi w przeciwnych kierunkach. Niektóre miały rozłożone skrzydła, inne siedziały nieruchomo pośród cierni. Ich pióra zaznaczono czarną kreską, już miejscami zatartą. Wzór powtarzał się zbyt rzadko, aby można go było łatwo uchwycić. Kiedy wydawało mi się, że odnalazłam dwa identyczne ptaki, jeden z nich miał zamknięte oko, a drugi trzymał w dziobie niewielki owoc.
Zieleń tapety nie była jednolita. Przy suficie przechodziła w kolor wilgotnego mchu, niżej nabierała odcienia starego szkła, a przy listwach podłogowych niemal czerniała. W kilku miejscach papier odstawał od ściany. Uniesione brzegi rzucały wąskie cienie, przypominające pęknięcia biegnące przez kamień. Jedna taka linia zaczynała się nad drzwiami, przecinała splątane łodygi i kończyła za wysokim regałem. Patrzyłam na nią przez chwilę, niepewna, czy rzeczywiście jest tylko odklejonym fragmentem tapety.
Naprzeciw drzwi znajdowało się wysokie, wąskie okno. Jego górna część zamykała się ostrym łukiem, a szyby dzieliły ołowiane listwy. Szkło było nierówne; blade światło załamywało się w nim, tworząc na podłodze podłużne, drżące plamy. Za oknem nie widziałam ulicy ani sąsiednich domów. Jedynie mleczne niebo i czarne gałęzie drzewa, które wyrastało gdzieś poniżej parapetu. Najcieńsze witki dotykały szyby. Nie poruszały się, choć miałam wrażenie, że na zewnątrz wieje wiatr.
Po obu stronach okna zwisały purpurowe kotary. Materiał był gruby, niemal cięższy od draperii teatralnej, i pochłaniał światło. Na fałdach purpura przechodziła w czerń; tylko na wypukłościach zachował się głęboki kolor dojrzałego wina. Zasłony podtrzymywały sznury zakończone dużymi chwostami. Jeden z nich zsunął się niżej, przez co lewa kotara zasłaniała część okna i spływała na podłogę szeroką falą. Na tkaninie osiadł kurz. Nie było go jednak dużo — raczej delikatna, szara warstwa, widoczna jedynie tam, gdzie światło dotykało jej pod odpowiednim kątem.
Pod oknem stał niski stolik o blacie wykonanym z zielonego kamienia. Leżała na nim otwarta książka, odwrócona grzbietem do góry. Jej kartki rozchyliły się pod własnym ciężarem. Obok spoczywały okrągłe okulary w cienkiej srebrnej oprawie i mały nóż do rozcinania stron, z rękojeścią z pożółkłej kości. Na brzegu blatu stała szklanka. Na jej dnie pozostał ciemny osad, a na krawędzi odcisnął się matowy półksiężyc. Nie dotknęłam jej. Wszystko w tym pokoju wyglądało tak, jakby przedmioty zostały odłożone tylko na chwilę.
Całą lewą ścianę zajmowały półki z książkami. Regał sięgał niemal sufitu, a jego górne kondygnacje ginęły w cieniu. Był zrobiony z czarnego drewna, miejscami wypolerowanego do połysku przez dłonie sięgające po tomy. Półki uginały się lekko pośrodku. Książki ustawiono bez widocznego porządku. Wielkie foliały w skórzanych oprawach stały obok cienkich zeszytów przewiązanych tasiemką; tomy oprawione w czerwony safian sąsiadowały z książkami pozbawionymi grzbietów, z których wystawały luźne nici. Na niektórych widniały złote litery, na innych tylko wyblakłe nalepki. Rozpoznałam dzieła filozofów, traktaty o astronomii, medycynie i magnetyzmie, zbiory poezji, opisy dalekich podróży oraz stare kroniki, których tytuły zapisano łaciną.
Pomiędzy książkami pozostawiono niewielkie przedmioty. Na jednej półce stał model ludzkiej czaszki wykonany z kości słoniowej. Górną część można było odchylić na maleńkim zawiasie, odsłaniając starannie wyrzeźbione wnętrze. Na innej leżał kompas w mosiężnym pudełku, obok niego zaś kamień o czarnej, lśniącej powierzchni. Dalej dostrzegłam zasuszoną ćmę przyszpilowaną do kawałka korka, dwa niewielkie flakony z brunatnego szkła i szkatułkę ozdobioną masą perłową. Jej wieczko pozostawało uchylone, ale ze swojego miejsca nie widziałam, co znajdowało się wewnątrz.
Na wysokości oczu, pomiędzy dwoma rzędami książek, umieszczono małe popiersie Pallady. Biały kamień odcinał się od czerni regału. Twarz bogini była spokojna, niemal surowa, a puste oczy patrzyły ponad moim ramieniem ku drzwiom. Na jej hełmie zebrała się cienka warstwa kurzu. Tuż nad popiersiem półka pozostawała pusta. Było to jedyne zupełnie wolne miejsce w całym regale — ciemny prostokąt otoczony książkami, jakby przez lata stał tam przedmiot, który niedawno zabrano.
Niżej leżały nuty. Część wsunięto pomiędzy książki, część złożono niedbale na płasko. Atramentowe znaki biegły po pięcioliniach równo, lecz na ostatniej stronie urywały się w połowie taktu. Przy regale stał instrument przypominający niewielką harfę. Miał smukłą, wygiętą ramę i ciemne pudło rezonansowe zdobione srebrnym ornamentem. Dwie struny były zerwane. Ich końce zwisały luźno, skręcone jak włosy.
Na przeciwległej ścianie wisiały obrazy. Nie tworzyły galerii; rozmieszczono je nierówno, jakby każdy pojawiał się osobno, bez związku z pozostałymi. Największe płótno przedstawiało rozległy pejzaż pod burzowym niebem. Pośród nagich wzgórz stał dom o wąskich oknach, odbity w nieruchomej, czarnej wodzie. Malarz zaznaczył każdy kamień, każdą szczelinę i każde martwe drzewo, a jednak całe miejsce wydawało się pozbawione rzeczywistego kształtu. Dom i jego odbicie łączyły się w wodzie tak dokładnie, że nie wiedziałam, który z nich miał być prawdziwy.
Obok wisiał owalny portret młodej kobiety. Rama była złocona, lecz złoto ściemniało i popękało. Kobieta miała bardzo jasną twarz, niemal przejrzystą, oraz wielkie ciemne oczy. Nie uśmiechała się. Jej włosy opadały na ramiona, a biała suknia rozpływała się w cieniu tła, przez co widoczna pozostawała przede wszystkim twarz. Była namalowana z taką dokładnością, że skóra na policzkach zdawała się cieplejsza od powierzchni płótna. Odwróciłam wzrok, lecz po chwili spojrzałam ponownie. Wyraz jej oczu nie zmienił się. Mimo to miałam wrażenie, że za pierwszym razem patrzyła nieco bardziej w lewo.
Pod portretem stała oszklona szafka. W jej wnętrzu znajdowały się muszle, minerały i drobne przedmioty przywiezione z miejsc, których nazw nie znałam. Jedna z muszli była duża, spiralna, różowa od środka i prawie czarna na zewnątrz. Obok niej leżał fragment korala, cienki łańcuszek, moneta pokryta zieloną patyną i niewielka fiolka wypełniona piaskiem. Piasek miał kolor popiołu. Napis na etykiecie był rozmyty i nie do rozczytania.
W rogu pokoju stał wysoki zegar z hebanową skrzynią. Cyferblat otaczały mosiężne promienie, już poczerniałe ze starości. Wskazówki zatrzymały się siedem minut przed północą. Przez oszklone drzwiczki widziałam nieruchome wahadło. Nie wisiało pionowo, lecz było lekko wychylone, jak gdyby zegar umilkł w samym środku ruchu. Poniżej cyferblatu wyrzeźbiono uskrzydloną twarz, której usta układały się w grymas ni to śmiechu, ni bólu. W pomieszczeniu panowała taka cisza, że przez chwilę oczekiwałam uderzenia mechanizmu. Zegar jednak nie wydał żadnego dźwięku.
Kominek znajdował się pomiędzy zegarem a drzwiami. Ogień wygasł, pozostawiając w palenisku kilka pokrytych popiołem głowni. Na marmurowym obramowaniu stały dwa srebrne lichtarze, niewielki zegarek kieszonkowy oraz kryształowa karafka z ciemnym płynem. Nad kominkiem wisiało lustro. Jego powierzchnia sczerniała przy brzegach, a srebrzenie odchodziło drobnymi plamami. Odbijało okno, część regału i fragment mojej czarnej sukni. Mojej twarzy nie było widać. Znajdowała się poza wąskim wycinkiem pokoju, który lustro potrafiło pomieścić.
Na gzymsie leżały zasuszone kwiaty. Nie tworzyły bukietu. Rozsypano je pojedynczo: ciemną różę, gałązkę wrzosu, kilka płatków niemal pozbawionych koloru i długą łodygę z pustą makówką. Pomiędzy nimi dostrzegłam pukiel jasnych włosów przewiązany czarną nitką. Spoczywał pod szklaną płytką, na której ktoś wygrawerował jedną literę. Z miejsca, w którym stałam, nie mogłam jej odczytać.
Podłogę przykrywał gruby dywan. Jego wzór był ciemniejszy od tapety: splątane winorośle, wielkie czerwone kwiaty i blade liście układające się wokół czarnego środka. Materiał wytarł się przed biurkiem oraz na krótkiej drodze między krzesłem a regałem. Poza tym nic nie wskazywało, by ktokolwiek często poruszał się po pokoju. Kurz nie leżał grubą warstwą, ale osiadł równomiernie, wygładzając kanty przedmiotów i tłumiąc ich barwy.
Powietrze pachniało papierem, woskiem, starym drewnem i czymś słodkim, co mogło być resztką perfum albo wonią wyschniętych kwiatów. Pod tym wszystkim krył się słabszy zapach wilgoci. Dochodził zapewne od okna lub ze ściany za regałem. Był chłodny i ziemisty, podobny do woni kamiennej piwnicy otwartej po wielu latach.
Stałam nadal przy drzwiach.
W pokoju nie poruszało się nic. Purpurowe kotary zwisały bez drgnienia. Płomień nie odbijał się w szkle, bo wszystkie świece były zgaszone. Zegar trwał siedem minut przed północą. Ptaki na zielonej tapecie tkwiły pośród cierni. Nawet gałęzie za oknem przestały dotykać szyby.
Tylko krzesło pozostawało odsunięte od biurka na taką odległość, jakby ktoś przed chwilą wstał i zamierzał zaraz wrócić.
Spojrzałam na papiery, kałamarz i odłożone pióro.
Biurko było szerokie, ciężkie, wykonane z niemal czarnego mahoniu. Jego blat wspierał się na dwóch masywnych szafkach połączonych głęboką wnęką, w której ginęły nogi siedzącego. Krawędzie zdobił płytki ornament z liści laurowych, powtarzający się z mechaniczną dokładnością, lecz w jednym miejscu dłuto ześlizgnęło się i pozostawiło krótką rysę. Drewno wypolerowano tak starannie, że odbijało blade światło okna, ale pośrodku połysk znikał pod prostokątną płytą z zielonej skóry. Skóra pociemniała od używania. Przy jej dolnej krawędzi widniały dwa jaśniejsze miejsca, w których przez lata spoczywały dłonie.
Na blacie nie pozostało prawie ani jednej wolnej powierzchni. Papiery leżały warstwami, jedne na drugich, wsunięte pod książki, przyciśnięte szkatułkami albo zwinięte i przewiązane wyblakłą wstążką. Niektóre zapisano od góry do dołu drobnym, równym pismem. Na innych widniało zaledwie kilka słów, gwałtownie przekreślonych, jakby ich autor przestraszył się własnej myśli. Marginesy zapełniały poprawki, znaki zapytania, strzałki i dopiski wykonane atramentem o różnym stopniu wyblaknięcia. Jedna kartka była rozdarta na pół, lecz obie części zachowano. Leżały obok siebie, dokładnie dopasowane brzegami pęknięcia.
Wśród rękopisów znajdowały się otwarte listy. Jeden nadal tkwił w kopercie rozciętej nożem. Złamaną pieczęć odłożono obok, jakby mogła się jeszcze do czegoś przydać. Inny list zapisano na papierze tak cienkim, że słowa z odwrotnej strony prześwitywały przez tekst i mieszały się z nim, tworząc nieczytelne odbicie. Kilka kopert nie miało adresu. Na jednej wypisano tylko kobiece imię, bez nazwiska i miejsca.
Na prawym rogu biurka stał niewielki globus. Oceany miały kolor zgaszonego błękitu, lądy pożółkły, a cienkie czerwone linie wyznaczające granice państw miejscami zatarły się pod palcami. Na południowej półkuli ktoś narysował atramentem maleńki krzyżyk, daleko od każdego oznaczonego brzegu. Obok leżała złożona mapa wybrzeża. Jej narożniki były obciążone dwoma kamieniami: białym, niemal przezroczystym, i czarnym, chropowatym jak zastygła lawa. Spomiędzy fałd mapy wystawał wąski pas błękitu i fragment napisu kończącego się słowami the sea.
Po lewej stronie piętrzyły się książki. Najniższa była największa, oprawiona w popękaną skórę, z mosiężnymi okuciami. Na niej położono tom poezji bez okładki, słownik francuski oraz cienką książeczkę o granatowym grzbiecie. Na samym szczycie spoczywał notes zamknięty na metalową klamrę. Spod niego wysuwał się skrawek papieru pokryty rzędem powtarzanych liter. To samo słowo zapisano kilkanaście razy, coraz szybciej i mniej czytelnie, aż ostatnie litery połączyły się w pojedynczą czarną linię.
Pomiędzy książkami a papierami leżały przedmioty niemające widocznego związku z pracą: srebrna moneta, zasuszony liść, mały klucz, szachowa figura czarnej królowej, dwa guziki z masy perłowej i cienki łańcuszek, którego jeden koniec ginął pod rękopisami. Stała tam również niewielka filiżanka z chińskiej porcelany. Na jej dnie zastygła brunatna obręcz, a na spodku leżała kostka cukru, nienaruszona i już lekko pożółkła. Tuż obok ktoś zgasił świecę, przyciskając knot do metalowej podstawki. Wosk rozlał się szeroko i zastygł na krawędzi jednego z listów.
Nad blatem wznosiła się płytka nadstawka z szeregiem małych przegródek. W jednych tkwiły złożone kartki, w innych wizytówki, rachunki i bilety zapisane pośpiesznym pismem. Jedną przegródkę wypełniały pióra — białe, szare i czarne — przycięte pod różnymi kątami. Ich stosiny nosiły ślady atramentu. W kolejnej leżały skrawki czerwonego laku, zapasowe stalówki i trzy pieczęcie. Największa miała ciężką srebrną rękojeść, startą na szczycie od częstego dotykania. Jej odcisk przedstawiał ptaka z rozpostartymi skrzydłami.
Na samej górze nadstawki stał wypchany kruk.
Umieszczono go na krótkiej, poskręcanej gałęzi osadzonej w owalnej podstawie z czarnego drewna. Jedna łapa obejmowała konar mocniej niż druga. Długie pazury, zakrzywione i matowe, wbijały się w korę. Ptak miał lekko pochyloną głowę, jakby przyglądał się papierom rozłożonym poniżej. Dziób pozostawał zamknięty. Jego czarna powierzchnia była gładka przy nasadzie i popękana na samym końcu.
Pióra nie były po prostu czarne. Na skrzydłach połyskiwały granatem, na szyi przechodziły w fiolet, a na grzbiecie, tam gdzie dosięgało ich światło z okna, pojawiał się wąski zielonkawy blask. Niektóre leżały równo, inne odstawały, odsłaniając szary puch. Jedno z piór w ogonie było złamane. Zwisało niżej od pozostałych, przytrzymywane tylko cienkim pasmem wysuszonej skóry.
Najbardziej niepokojące były oczy. Wykonano je z ciemnego szkła, lecz w ich głębi tkwiły maleńkie jasne punkty. Odbijały okno tak dokładnie, że wydawało się, iż ptak zachował w źrenicach własne, odrębne światło. Jedno oko było skierowane ku drzwiom, drugie ku środkowi biurka. Kiedy przesunęłam się odrobinę, żaden z dwóch połysków nie zmienił miejsca.
Podstawa, na której stał kruk, przygniatała kilka luźnych kartek. Jedna wysunęła się spod niej i zwisała poza krawędź nadstawki. Zapisano na niej tylko jedno zdanie. Atrament wyblakł tak mocno, że nie mogłam go odczytać. Pod tekstem pozostawiono dużo pustego miejsca, jakby zdanie miało być początkiem czegoś dłuższego.
Kałamarz stał pośrodku zielonej skóry.
Był kwadratowy, z grubego, lekko przydymionego szkła. Światło przechodzące przez jego ścianki załamywało się w ostrych krawędziach i padało na blat w postaci czterech ciemnych plam. Srebrna pokrywka pozostawała otwarta. Na zawiasie zebrał się zaschnięty atrament, a wokół szyjki widniały czarne ślady pozostawione przez pióro. Wewnątrz nadal znajdował się płyn. Jego powierzchnia była nieruchoma i gładka, lecz przy szkle osiadł cienki, granatowy nalot.
Obok kałamarza leżała bibuła w drewnianej kołysce. Jej wypukła powierzchnia była poplamiona atramentem: drobnymi punktami, półkolami i jedną dużą plamą przypominającą rozłożone skrzydło. Dalej spoczywał nóż do piór z rękojeścią z ciemnej masy perłowej. Ostrze pozostawiono odsłonięte. Było wąskie, bardzo ostre i czyste, poza pojedynczą czarną smugą przy samym czubku.
Pióro odłożono ukośnie na stos papierów.
Było długie, czarne i starannie przycięte. Na stosinie pozostały odciski palców, widoczne tylko jako delikatne zmatowienie. Końcówka lśniła od świeżego atramentu. Jedna kropla zebrała się przy rozcięciu i zaschła, zanim zdążyła spaść na papier. Pióro nie wyglądało na porzucone. Wyglądało, jakby ręka wypuściła je zaledwie przed chwilą, przerwana nagłym dźwiękiem albo myślą, której nie zdążyła zapisać.
Patrzyłam na nie długo.
Atrament w kałamarzu jeszcze nie wysechł. Papiery nadal zachowywały kształt dłoni, która je przesuwała. Krzesło czekało odsunięte o kilka cali od biurka.
Wreszcie zdobyłam się na odwagę.
Wyciągnęłam rękę ku biurku. Przez chwilę trzymałam ją nad papierami, nie dotykając żadnego z nich. Potem ostrożnie przesunęłam pierwszy arkusz. Zaszurał po zielonej skórze, a dźwięk wydał mi się w nieruchomym gabinecie nieprzyzwoicie głośny. Pod nim leżał następny, pokryty drobnym pismem, i jeszcze jeden, złożony na pół. Odsuwałam je kolejno, uważając, aby nie zmienić ich porządku.
Spod papierów wyłonił się brzeg czystej, kremowej karty.
Była gładsza i grubsza od pozostałych. Jej lewy narożnik przytrzymywała srebrna moneta, prawy niknął jeszcze pod kilkoma zapisanymi arkuszami. Przesunęłam je na bok.
Na górze strony widniał tytuł:
Annabel Lee
Poniżej, równym pismem, zapisano:
It was many and many a year ago,
In a kingdom by the sea,
That a maiden there lived whom you may know
By the name of Annabel Lee—
Czytałam dalej, ale słowa zaczęły tracić wyraźne kształty. Litery rozpływały się na papierze, ciemniały i łączyły ze sobą, aż pozostały tylko czarne linie biegnące przez kremową kartę.
Nad rękopisem, nieruchomy na swojej gałęzi, kruk patrzył szklanym okiem na pióro leżące obok otwartego kałamarza.
Z dołu dobiegł czyjś głos:
— Sarah! Sarah, gdzie jesteś?
Nie odpowiedziałam.
— Zejdź wreszcie na dół! Spóźnimy się na pogrzeb!