Gdy tylko wyszła z hotelu na madryckie ulice, wiedziała, że drugim najważniejszym celem dnia, zaraz po zwiedzaniu, będzie chowanie się przed upałem. Słońce stało już wysoko, kamień oddawał ciepło od spodu, a powietrze między budynkami było gęste i jasne, jakby ktoś rozpuścił w nim wapno.
Pewnie dlatego, zamiast od razu iść do któregoś z większych muzeów, skręciła w Calle Arenal, gdzie cień między kamienicami wydawał się łaskawszy niż otwarta przestrzeń placu. Po zacienionej stronie ulicy zobaczyła potykacz stojący przed dużą, ciemną wnęką. Nie wyglądał szczególnie uroczyście. Raczej jak jedna z tych przypadkowych obietnic miasta, które człowiek przyjmuje tylko dlatego, że mimo wczesnej pory jest już lekko zmęczony, spocony i nie chce jeszcze wracać na słońce.
Potykacz informował o wystawie M.C. Eschera w Palacio de Gaviria.
Lubiła Eschera. Lubiła jego geometryczne supły z ryb, ptaków i jaszczurek, ręce rysujące same siebie, przestrzenie, które na pierwszy rzut oka wyglądały rozsądnie, a potem nagle okazywały się niemożliwe. Lubiła schody prowadzące do własnego początku, piętra znajdujące się jednocześnie nad i pod sobą, porządek tak doskonały, że aż przestawał być prawdziwy.
Zdecydowała się wejść.
Gdy tylko przekroczyła próg, onieśmieliła ją własna nieadekwatność: spocona po dwudziestu minutach marszu po mieście, w dżinsach obciętych do kolan i skórzanych sandałach, znalazła się nagle w eleganckiej przestrzeni dziewiętnastowiecznego pałacu. Wszystko wokół niej było z innego porządku: schody, poręcze, lustra, malowane sufity, złocenia, przejścia między salami, chłodniejsze powietrze, które zdawało się nie tyle dawać ulgę, ile domagać się godnej postawy.
Zanim weszła na wystawę, pałac poinformował ją o swojej historii. Spora tablica przy kasie biletowej objaśniała, że Palacio de Gaviria zbudowano w połowie XIX wieku dla Manuela Gavirii y Douzy, bankiera, maklera giełdowego i markiza Gavirii. Projektował go Aníbal Álvarez Bouquel. Pałac należał do najwystawniejszych rezydencji Madrytu swoich czasów; powstał przy Calle Arenal, niedaleko Puerta del Sol, w samym środku miasta, tam, gdzie pieniądz, władza, teatr i towarzyska widzialność mogły najłatwiej spotkać się pod jednym dachem.
To od razu rzucało się w oczy: Gaviria nie była pałacem dawnej arystokracji, która mogła udawać, że nie musi nikomu niczego udowadniać. Gaviria miała zrobić z nowoczesnego pieniądza dawną rangę. To było główne zadanie pałacu.
Przesunęła wzrokiem po dalszej części tekstu z tablicy. Zobaczyła datę: 1851. Bal inauguracyjny. Izabela II. Salón de los Espejos — Sala Luster.
Sześć wielkich luster na ścianach — to zapamiętała najlepiej. Może dlatego, że zanim zobaczyła pierwszą grafikę Eschera, zdążyła już kilka razy zobaczyć samą siebie.
Na początku próbowała oglądać wystawę dokładnie.Zatrzymywała się przed grafikami, czytała podpisy, śledziła linie. Ręce rysujące same siebie. Twarz odbita w wypukłej kuli. Ptaki przechodzące w ryby, ryby w ptaki, jasne pola w ciemne, porządek w inny porządek. Schody, po których można było iść w górę tak długo, aż wracało się niżej. Budowle, które na pierwszy rzut oka miały sens, a po chwili okazywały się zbudowane z niemożliwości.
Lubiła ten moment u Eschera najbardziej: krótką chwilę zaufania.
Najpierw oko wierzyło. Dopiero potem rozum zaczynał się bronić.
W Palacio de Gaviria było podobnie. Każda sala z osobna wydawała się zupełnie logiczna. Drzwi prowadziły do kolejnych drzwi, schody na piętro, lustro odbijało to, co stało przed nim, sufit pozostawał nad głową, podłoga pod stopami. Wszystko było poprawne, eleganckie, możliwe do opisania. A jednak po kilku salach poczuła, że całość nie chce się złożyć.
Nie przeszkadzało jej to. Przeciwnie. Przyciągało ją.
Patrzyła na grafiki, ale coraz częściej łapała się na tym, że ucieka wzrokiem ponad ramę: ku malowanym sufitom, ku złoconym liniom, ku przejściom między pokojami, ku schodom, które znikały za zakrętem z pewnością kogoś, kto wie więcej niż idący po nich człowiek. Escher wisiał na ścianach, lecz pałac nie był dla niego tłem. Po kilku minutach zaczęło jej się wydawać, że grafiki tylko tłumaczą to, co Gaviria robiła od dawna.
Najpierw schody w grafikach nie prowadziły tam, gdzie powinny. Potem schody Gavirii też przestały prowadzić tam, gdzie powinny.
Wyszła z jednej z sal przekonana, że idzie dalej, zgodnie z kierunkiem zwiedzania. Minęła lustro, w którym przez chwilę zobaczyła własny profil i obce światło na ramieniu. Potem przeszła przez wąskie przejście, skręciła za grupą turystów i znalazła się w sali, którą już znała.
Nie tej samej. Prawie tej samej.
Inny układ grafik na ścianach. Inny podpis pod jedną z rycin. Inne światło przy oknie. A jednak to samo uczucie: ten sam chłód pod skórą, ten sam połysk luster, ten sam odruch, żeby wyprostować plecy. Przystanęła i spojrzała za siebie. Korytarz, którym weszła, wyglądał normalnie. Zupełnie niewinnie. Jak każdy korytarz, który mógłby przysiąc, że prowadzi tylko tam, dokąd prowadzi.
Poszła dalej.
Tym razem pilnowała kolejności. Sala z metamorfozami. Przejście. Krótki korytarz. Schody. Sala z odbiciami. Lustro. Dwoje ludzi pochylonych nad podpisem. Kobieta w białej bluzce, która robiła zdjęcie telefonem, chociaż nie wolno było. Mężczyzna z audioprzewodnikiem przy uchu. Wszystko zwykłe, muzealne, bezpieczne.
A potem znowu zobaczyła to samo lustro.
Nie mogła być pewna, że to samo. W pałacu luster człowiek szybko traci prawo do pewności. Ale odbicie złapało ją pod tym samym kątem: spocone czoło, ciemniejsze od wilgoci włosy przy skroni, dżinsy obcięte do kolan, sandały, torba zsuwająca się z ramienia. I jeszcze coś: ledwie uchwytny ruch za jej plecami, jakby w odbiciu ktoś przeszedł przez salę później niż w rzeczywistości.
Odwróciła się. Nikogo nie było.
Tylko turyści, grafiki, złocenia i cisza tak gładka, że aż nieprzyjemna.
Wróciła wzrokiem do Eschera. Na jednej z prac przestrzeń była zamknięta w sobie z taką precyzją, że nie sposób było znaleźć błąd. Każdy fragment miał sens. Każdy stopień, każda ściana, każdy łuk, każda postać. Dopiero całość była niemożliwa.
Wtedy poczuła, że z Gavirią może być tak samo. Może pałac nie zmieniał korytarzy. Może niczego nie przestawiał. Może nie trzeba było żadnej sztuczki. Wystarczyło, że każda sala z osobna była prawdziwa, a wszystkie razem nie chciały już utworzyć miejsca, z którego można wyjść.
Spróbowała zejść.
Schody znalazła bez trudu. Były dokładnie tam, gdzie powinny być: szerokie, eleganckie, z poręczą chłodną pod palcami i światłem spływającym z góry tak miękko, jakby ktoś je rozczesał. Zeszła kilka stopni. Potem jeszcze kilka. Słyszała niżej głosy, może kasę biletową, może ulicę, może tylko własną nadzieję, że ulica nadal istnieje.
Na półpiętrze obejrzała się odruchowo. W lustrze nad nią zobaczyła siebie stojącą wyżej. Nie schodzącą. Stojącą. Wyprostowaną. Spokojniejszą niż była naprawdę.
Przez chwilę miała wrażenie, że odbicie patrzy na nią z lekkim wyrzutem, jakby pytało, dlaczego próbuje wyjść, skoro dopiero zaczęła wyglądać odpowiednio.
Zamrugała. Odbicie zamrugało odrobinę później.
Wtedy po raz pierwszy poczuła strach.
Nie gwałtowny. Nie taki, który każe krzyczeć albo biec. Raczej cienki, wstydliwy strach człowieka, który rozumie, że zgubił się w miejscu zbyt eleganckim, żeby przyznać się do zgubienia.
Ruszyła szybciej.
Na dole powinno być wejście.
Była kolejna sala. Albo ta sama.
Na ścianie wisiał Escher. Schody. Figury idące spokojnie po niemożliwych płaszczyznach, każda pewna własnego kierunku, żadna świadoma, że cała przestrzeń jest oszustwem.
Stała przed nimi długo, z dłonią wciąż zaciśniętą na pasku torby.
I dopiero wtedy zrozumiała, że Escher nie zamknął jej w pałacu - on tylko pokazał jej instrukcję.
Przestrzeń zamykała się sama, grzecznie, elegancko, bez przemocy. Drzwi nadal były drzwiami, schody schodami, lustra lustrami. Nic nie wyskakiwało ze ścian, nic nie gasło, nikt nie zastępował jej drogi czarną zasłoną. A jednak każdy krok prowadził ją tam, gdzie pałac chciał ją mieć: nie do wyjścia, lecz do kolejnego odbicia.
Najpierw jeszcze próbowała się śmiać z własnego niepokoju. To przecież Escher, pomyślała. Człowiek po obejrzeniu kilku sal niemożliwych budowli zaczyna podejrzewać zwykłe schody o złą wolę. To normalne. To nawet przyjemne. Po to się przyszło: żeby przez chwilę pozwolić oku pomylić porządek z pułapką.
Ale Palacio de Gaviria robiło coś innego. Escher mylił przestrzeń. Gaviria myliła twarz.
Zauważyła to przy kolejnym lustrze. Nie od razu. Najpierw zobaczyła tylko siebie: spoconą, zmęczoną, trochę zbyt obecną w krótkich dżinsach, z torbą zsuwającą się z ramienia i włosami przyklejonymi do skroni. Potem przeszła dwa kroki dalej i odbicie zostało za nią odrobinę dłużej, niż powinno.
Palacio de Gaviria nie potrzebowało strażnika. Wystarczyły lustra. Po kilku salach sama zaczęła prostować plecy, poprawiać twarz, kontrolować krok i sprawdzać, czy pasuje do wnętrza. Nikt jej nie pilnował - nie było takiej potrzeby. Wystarczyło, że mogła zobaczyć siebie z każdej strony. Nie poruszyła się. Odbicie także przestało się ruszać. Stały naprzeciw siebie: ona i ona, tylko że ta druga wyglądała lepiej. Nie piękniej. To byłoby zbyt proste. Wyglądała właściwiej. Miała prostsze plecy, spokojniejsze usta, głowę uniesioną tak, jakby znała zasady miejsca, w którym się znalazła. Jakby nie weszła tu przypadkiem z ulicy, uciekając przed upałem, lecz została zaproszona.
To było pierwsze kłamstwo, które jej się spodobało.
Poprawiła torbę na ramieniu. Odbicie poprawiło ją chwilę wcześniej. Cofnęła rękę. W lustrze dłoń została jeszcze przez moment przy ramieniu, lecz nie wyglądała już jak jej dłoń. Była smuklejsza, jaśniejsza, obca. Przez sekundę mignęło coś ciemnego przy nadgarstku, jak rękawiczka. Potem zniknęło.
Odwróciła się szybko. Za nią była sala, grafiki, kilka osób pochylonych nad podpisami, złocenia, cisza. Wszystko nadal było zwyczajne. Zbyt zwyczajne.
Poszła dalej. W następnej sali stała przed ryciną, na której porządek przechodził w inny porządek: ptaki stawały się rybami, ryby tłem, tło znów kształtem. Patrzyła, jak granica między jednym a drugim znika tak gładko, że trudno było powiedzieć, w którym miejscu jeszcze jest ptak, a w którym już ryba. Pomyślała wtedy, że maska też musi zaczynać się właśnie tak. Nie od dużego przesunięcia, lecz od małej korekty.
Trochę spokojniejsza twarz. Trochę lepsza postawa. Trochę mniej zmęczenia. Trochę więcej kogoś, kim należałoby być.
W kolejnym lustrze zobaczyła przy szyi cień, którego nie było naprawdę. Ciemną linię, może tasiemkę, może aksamit. Przy ramieniu zarys czegoś jasnego i sztywnego, jak fragment sukni. Gdy mrugnęła, zobaczyła tylko własną bluzkę, wilgotną od upału i marszu. Gdy spojrzała ponownie, odbicie znów było prawie jej. To „prawie” zaczęło ją męczyć. Nie dlatego, że było straszne. Dlatego, że było kuszące.
Pałac nie pokazywał jej potwora. Nie pokazywał ducha kobiety z dawnego balu ani martwej markizy czekającej przy lustrze. Pokazywał jej wersję możliwą. Wersję poprawioną przez miejsce. Kobietę, która nie poci się na madryckich ulicach, nie wchodzi przypadkiem, nie czuje się nieadekwatna. Kobietę, która wie, jak stać wśród luster, żeby nie wyglądać, jakby prosiła je o pozwolenie na odbicie jej wizerunku. To nie była przemoc obcego świata. To była propozycja.
Każde lustro proponowało jej trochę inną twarz, ale wszystkie prowadziły w tę samą stronę. Miała być spokojniejsza. Bardziej godna. Bardziej odpowiednia. Miała przestać być kimś, kto przyszedł oglądać wystawę, i stać się kimś, kogo można było pokazać w sali. Kimś, kto nie tylko patrzy, ale sam nadaje się do patrzenia.
Na początku jej to imponowało. Teraz zaczynało ciążyć.
Poczuła, że plecy bolą ją od tej obcej postawy, choć przecież nikt nie kazał jej się prostować. Twarz zesztywniała jej od spokoju, którego nie czuła. Dłonie układały się inaczej, ostrożniej, jakby nagle zaczęły pamiętać gesty, których nigdy się nie uczyła. W lustrze przy końcu sali zobaczyła wachlarz. Nie cały. Tylko cień wachlarza. Czarny, złożony, trzymany przy biodrze przez dłoń w rękawiczce. Jej - nie jej dłoń.
Zamknęła oczy. Na chwilę. Tylko po to, żeby przerwać ten obraz.
Gdy je otworzyła, stała przed schodami. Nie pamiętała, żeby do nich podeszła.
Wyglądały zwyczajnie: szerokie, jasne, eleganckie, z poręczą chłodną od cienia. Prowadziły w dół. Musiały prowadzić w dół. Widziała przecież dolny bieg, zakręt, kawałek światła, które powinno należeć do wejścia. Ruszyła.
Liczyła stopnie. Jeden, dwa, trzy, cztery.
Na półpiętrze minęła lustro i zobaczyła siebie schodzącą z góry. Zatrzymała się. Odbicie nie. Zeszło jeszcze dwa stopnie, spokojnie, z głową uniesioną, w ciemnej masce zasłaniającej oczy. Potem zniknęło za krawędzią lustra.
Poczuła nagły chłód na twarzy. Dotknęła policzków. Skóry. Brwi. Powiek. Nie miała maski. Oczywiście, że nie miała. Stała w pałacu, w XXI wieku, w sandałach, z biletem w torbie, na wystawie Eschera, która powinna skończyć się sklepikiem, katalogiem i powrotem na ulicę.
A jednak kiedy spojrzała w kolejne lustro, maska już tam była. Nie leżała na jej twarzy. Czekała kilka milimetrów przed nią. Jak forma, w którą twarz miała dopiero wejść.
Wtedy zrozumiała, że Gaviria nie chce jej przestraszyć, ani uwięzić. Nie chce nawet zatrzymać jej na zawsze. Chce tylko wymusić na niej właściwą dla wnętrza postawę. Chce, żeby przyjęła twarz, którą pałac już dla niej przygotował. Rolę, w którą musiał wejść każdy kto się w nim znajdował.
Spróbowała przejść przez salę, nie patrząc w lustra. To okazało się trudniejsze, niż sądziła. Lustro nie musi stać naprzeciw człowieka, żeby go złapać. Wystarczy błysk z boku, fragment ramienia, cień profilu, cudze spojrzenie odbite obok własnego. Wystarczy możliwość, że wygląda się inaczej, niż się myśli.
Przyspieszyła. Sala była długa. Dłuższa niż wcześniej. A może tylko ona szła wolniej, coraz bardziej obciążona suknią, której nie miała, rękawiczkami, których nie czuła, maską, której nie mogła zdjąć, bo nie leżała jeszcze na jej twarzy, tylko w oczekiwaniu przed nią.
W końcu zrozumiała, że dopóki będzie patrzeć, pałac będzie miał materiał do pracy.
Zatrzymała się przy poręczy. Zamknęła oczy. Tym razem naprawdę.
Nie dlatego, że oczy były winne. Nie obrazy były winne, nie Escher, nie lustra, nie złocenia. Winne było to nieustanne sprawdzanie siebie w świecie, który obiecywał lepszą wersję twarzy. Musiała przerwać zgodę na odbicie. Przestać poprawiać postawę. Przestać pytać, czy pasuje. Przestać odpowiadać na propozycję maski.
Stała chwilę nieruchomo, z zamkniętymi oczami. Najpierw słyszała tylko własny oddech. Potem coś dalej: kroki, głosy, szmer ulicy. Madryt. Prawdziwy, hałaśliwy, nieelegancki, rozgrzany, zupełnie obojętny na to, czy ma dobrą postawę.
Położyła dłoń na poręczy i zaczęła schodzić. Bez patrzenia. Liczyła stopnie. Jeden, dwa, trzy, cztery. Czuła pod palcami chłód drewna albo kamienia, nie była pewna. Czuła ciężar torby na ramieniu. Wilgoć koszulki na plecach. Skórę sandała ocierającą piętę. Te drobne, niegodne rzeczy uratowały ją bardziej niż odwaga.
Nie ufała już obrazom. Ufała ciału.
Kiedy otworzyła oczy, stała przy wyjściu. Pałac był za nią. Przynajmniej tak się wydawało.
Na Calle Arenal uderzył ją hałas. Światło. Głosy. Telefony. Sklepy. Ludzie idący za szybko i zbyt blisko siebie. Zwykłość Madrytu, która jeszcze godzinę wcześniej męczyła ją upałem, teraz wydała się niemal miłosierna.
Ruszyła przed siebie. Mijała witryny, nie patrząc. Przez kilka kroków naprawdę nie patrzyła. Potem, oczywiście, spojrzała. Odruch był silniejszy.
W szybie sklepu zobaczyła swoją twarz. Bez maski. Zmęczoną, zaczerwienioną, trochę nieobecną, z włosami przyklejonymi do skroni.
Moją, pomyślała.
Prawie.
Uśmiechnęła się, żeby sprawdzić.
Odbicie odpowiedziało chwilę później.