Obudziła się z ciałem obolałym po wielogodzinnym rytuale — choć, jak jej oznajmiono, jej ciało należało już do Korony.
Przez chwilę leżała nieruchomo pod ciężką kołdrą, z zamkniętymi oczami, próbując rozpoznać ból. Czuła kark zesztywniały od dźwigania korony, ramiona zmęczone utrzymywaniem berła i jabłka, uda napięte po powolnym wchodzeniu na podwyższenie. Nawet skóra głowy bolała w miejscach, w których metal wciskał się przez włosy. Woń oleju, kadzidła i wosku nadal tkwiła w jej nozdrzach, jakby obrzęd nie skończył się pięć dni wcześniej, lecz trwał dalej, przeniesiony z opactwa do jej ciała.
Pamiętała dwadzieścia stopni prowadzących na podwyższenie. Kolejne szaty nakładane jedna na drugą. Ciężar klejnotów. Głosy duchownych, których słów momentami nie potrafiła już odróżnić od śpiewu. Tłum nieruchomych twarzy zwróconych ku niej i ręce wyciągane do całowania. Każdy gest miał znaczenie ustalone na długo przed jej narodzinami. Musiała iść, kiedy jej wskazywano, zatrzymać się we właściwym miejscu, uklęknąć, podnieść się, przyjąć przedmiot, wypowiedzieć słowa. Przez wiele godzin jej ciało przesuwano przez rytuał, aż stało się symbolem samego siebie i dowodem, że królestwo nadal istnieje.
Teraz leżało w łóżku i domagało się odpoczynku.
Za zasłonami panował jeszcze półmrok. Z dziedzińca dochodził stuk końskich kopyt, szczęk uprzęży i nawoływania ludzi przygotowujących się do kolejnego dnia. Gdzieś bliżej zamknięto drzwi. Po korytarzu przeszły szybkie kroki, na chwilę ucichły, po czym wróciły. Dwór już się obudził. Czekał tylko, aż obudzi się ona.
Nie otwierała oczu.
Wiedziała, co znajdzie po drugiej stronie zasłon. Kobiety gotowe ją ubrać. Strażników pod drzwiami. Cecila z naręczem dokumentów i twarzą człowieka, który od świtu zdążył już rozwiązać trzy sprawy państwowe, a przyniósł jej siedem następnych. Prośby o audiencję. Rachunki. Depesze. Listy opatrzone pieczęciami władców, którzy jeszcze niedawno nie zwracali się do niej bezpośrednio, a teraz chcieli wiedzieć, kogo poślubi, komu zaufa i w którą stronę poprowadzi królestwo.
Każdy czegoś od niej oczekiwał. Odpowiedzi, podpisu, nominacji, obietnicy. Decyzji w sprawie wiary jej poddanych. Decyzji w sprawie wojny. Decyzji w sprawie człowieka, któremu miałaby oddać rękę, łoże i prawo do przemawiania w jej imieniu. Niektórych pytań jeszcze jej nie zadano, ale już czekały za drzwiami.
Poruszyła stopą pod kołdrą. Ten drobny gest, niewidoczny dla nikogo, przyniósł jej krótką ulgę. Przynajmniej nim nie zarządzał mistrz ceremonii.
Od pięciu dni każde „Wasza Królewska Mość” brzmiało coraz ciężej i bardziej ostatecznie. Jakby człowiek, którym była wcześniej, został zamknięty pod kamienną posadzką opactwa, a stamtąd wróciło już tylko ciało należące do Korony.
Ktoś zatrzymał się przed drzwiami sypialni.
Nie zapukał od razu. Najpierw rozległ się przyciszony szept, szelest papierów i kaszlnięcie człowieka, który przygotowywał głos do rozmowy z monarchą.
Zacisnęła dłonie na brzegu kołdry.
Jeszcze leżała. Jeszcze przez kilka oddechów mogła udawać, że ciężar znajdujący się na jej piersi jest tylko ciężarem pościeli.
Rozległo się ciche pukanie.
— Wasza Królewska Mość?
Poznała głos Cecila. Oczywiście, że to był Cecil. Nikt inny nie przyszedłby do niej z dokumentami, zanim zdążyła odsunąć zasłony łóżka.
— Chcę się najpierw ubrać!
Słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzała. Przez chwilę za drzwiami panowała cisza.
— Tak, Pani — odpowiedział.
Usłyszała oddalające się kroki. Nie odszedł daleko. Zapewne stanął pod ścianą i zaczął czytać pierwszy z dokumentów, aby nie zmarnować czasu, który poświęcała na odzyskanie przyzwoitego wyglądu.
Odsunęła zasłonę. Do komnaty natychmiast weszły kobiety niosące bieliznę, pończochy, suknię i szkatułkę z biżuterią. Jedna odgarnęła zasłony okna, wpuszczając do środka zimne, styczniowe światło. Druga zdjęła z paleniska dzban z ciepłą wodą. Trzecia już czekała z koszulą rozłożoną na przedramionach.
Wstała. Kamienna posadzka była zimna nawet przez gruby kobierzec. Kobiety otoczyły ją bez słowa. Rozwiązywały, zapinały, wygładzały i sznurowały. Unosiła ręce, kiedy tego potrzebowały, obracała się, pozwalała ściągnąć gorset mocniej, niż było jej wygodnie. Własne ciało widziała tylko we fragmentach: dłoń wysuwającą się z rękawa, stopę podawaną do pantofla, twarz odbitą w małym zwierciadle trzymanym przez jedną z dam.
Wybrały suknię ciemną i ciężką, odpowiednią do przyjmowania doradców. Jedna z kobiet sięgnęła po naszyjnik.
— Nie ten.
Dama znieruchomiała.
— Oczywiście, Wasza Królewska Mość.
Wskazała prostszy. Nie miało to żadnego znaczenia dla Anglii, Hiszpanii ani Kościoła, ale przez krótką chwilę sama zdecydowała, co zostanie nałożone na jej szyję.
Kiedy ostatnia spinka znalazła się we włosach, spojrzała ku drzwiom.
Nie zapytała, czy ktoś jeszcze czeka na korytarzu. Czy widziano dziś rano lorda Roberta. Czy może przyszedł razem z Cecilem i stoi teraz poza zasięgiem jej wzroku.
— Niech wejdzie — powiedziała.
Drzwi otworzyły się natychmiast.
Cecil rzeczywiście czekał tuż za nimi, z plikiem dokumentów przyciśniętym do piersi. Skłonił się nisko, lecz jego wzrok już szukał miejsca, na którym mógłby rozłożyć papiery.
Dzień się rozpoczął.
*
Przeszła do niewielkiej komnaty w amfiladzie, a kobiety ruszyły za nią, poprawiając fałdy sukni i tren, który zahaczał o próg. Na stole czekało śniadanie: pszenny chleb, masło, misa ciepłej polewki, zimne mięso i mały dzban ale. Służący zdążyli rozpalić ogień, ale od okien nadal ciągnęło wilgotnym styczniowym chłodem.
Usiadła. Jedna z dam nalała jej ale do srebrnego kubka. Druga odkroiła kromkę chleba, jakby także tę czynność należało odtąd wykonywać za nią.
— Zostawcie nas.
Kobiety skłoniły się i wyszły. Cecil dopiero wtedy wszedł. Podszedł do stołu, położył na nim dokumenty i zaczął układać je w równy stos: większe na spodzie, mniejsze na wierzchu, listy osobno, rachunki osobno. Najpilniejsze oznaczył wąskimi paskami czerwonego jedwabiu.
Patrzyła na jego dłonie. Były spokojne i precyzyjne. Najwyraźniej istnieli ludzie, których mnogość spraw uspokajała, ponieważ pozwalała im porządkować je w stosy.
Oparła łokcie o stół, a czoło na dłoniach.
— Mów.
Cecil spojrzał na nietknięte śniadanie, lecz nic nie powiedział. Wyciągnął pierwszy dokument.
— Parlament powinien rozpocząć obrady za pięć dni, Pani. Należy zatwierdzić porządek posiedzeń i ostateczną listę spraw, które zostaną przedłożone obu izbom.
Położył przed nią arkusz.
— Kwestia zwierzchnictwa nad Kościołem nie może pozostać nierozstrzygnięta. Biskupi będą się sprzeciwiać. Część lordów również. Każde sformułowanie zostanie odczytane jako zapowiedź dalszych zmian.
Przesunęła dokument na bok, nie podnosząc głowy.
— Dalej.
Cecil sięgnął po następny.
— Skarb.
To jedno słowo wypowiedział ciszej niż pozostałe.
— Dochody nie pokrywają zobowiązań Korony. Moneta pozostaje osłabiona. Długi zaciągnięte za panowania zmarłej królowej nie zniknęły wraz z jej śmiercią. Należy zdecydować, które płatności mogą zostać odroczone i komu wolno o tym powiedzieć.
— Dalej.
— Francuzi umacniają swoje pozycje w Szkocji. Jeśli pozostawimy ich bez odpowiedzi, będziemy mieli francuskie wojska przy północnej granicy. Jeśli odpowiemy zbyt szybko, rozpoczniemy wojnę, na którą skarb nie ma pieniędzy.
Podniosła głowę.
— A Calais?
Cecil zawahał się tylko na moment.
— Pozostaje w rękach Francuzów.
Wiedziała o tym. Wszyscy wiedzieli. Mimo to przez sekundę oczekiwała innej odpowiedzi, jak gdyby sama zmiana osoby na tronie mogła cofnąć utratę miasta.
Cecil położył przed nią kolejną kartę.
— Ambasadorowie oczekują potwierdzenia audiencji. Montagu i Chamberlain są gotowi wyruszyć na dwór hiszpański. Trzeba zatwierdzić ich instrukcje.
— Dalej.
— Należy również obsadzić kilka urzędów, zatwierdzić nominacje w hrabstwach i odpowiedzieć na petycje dotyczące majątków skonfiskowanych podczas poprzedniego panowania.
Kolejne papiery przesuwały się po stole. Każdy wymagał podpisu, poprawki albo decyzji. Z każdym nazwiskiem wiązała się rodzina, z każdą rodziną stronnictwo, z każdym stronnictwem obietnica, której jeszcze nie złożyła, i uraza, którą mogła właśnie stworzyć.
Sięgnęła po kubek. Ale było lekkie i gorzkawe. Wypiła łyk, lecz nie tknęła jedzenia.
— To wszystko?
Cecil nie odpowiedział od razu.
Pod dokumentami pozostała jeszcze jedna teczka. Nie była najgrubsza, ale od początku leżała osobno.
— Nie, Pani.
Wyjął z niej list opatrzony hiszpańską pieczęcią.
— Król Filip polecił hrabiemu Ferii ponownie podjąć kwestię małżeństwa.
Odstawiła kubek.
— Ponownie?
— Jego Królewska Mość uważa, że takie rozwiązanie zabezpieczyłoby pokój, powstrzymało Francję i uspokoiło tych spośród Pani poddanych, którzy obawiają się zmian w religii.
— Uspokoiłoby ich — powtórzyła.
— Tak, Pani.
— A mnie?
Cecil milczał.
Po raz pierwszy tego ranka spojrzała ku drzwiom. Nikt przy nich nie stał. Nie było tam twarzy, której od przebudzenia szukała wbrew sobie: w sypialni, na korytarzu, teraz w komnacie. Lord Robert miał obowiązki przy stajniach. Wiedziała o tym. Wiedziała również, że gdyby chciał, znalazłby powód, aby zjawić się w pobliżu jej komnat.
— Małżeństwo z królem Hiszpanii wymagałoby dyspensy papieskiej — mówił Cecil. — Zmarła królowa była jego żoną. Istnieją jednak podstawy, by sądzić, że dyspensa zostałaby udzielona.
— Przez papieża, którego zwierzchnictwo mamy właśnie przedłożyć parlamentowi pod rozwagę?
Cecil opuścił wzrok na dokumenty.
— To jedna z trudności.
— Jedna?
— Jedna z wielu, Pani. Są jednak członkowie Rady, którzy uważają, że korzyści przewyższają ryzyko.
Odwróciła hiszpański list pieczęcią do dołu.
Filip przywiózł ze sobą kapłanów, dworzan, ceremoniał i ciszę, która zapadała, ilekroć wchodził do komnaty zmarłej królowej. Nie musiała sobie wyobrażać, jak wyglądałoby jego panowanie w Anglii. Widziała je już wcześniej, stojąc z boku i czekając, aż ktoś uzna, że wolno jej przemówić.
— Rada potrzebuje następcy — powiedział Cecil. — Królestwo potrzebuje pewności.
— Królestwo zawsze czegoś potrzebuje.
Nie powiedział, że taka była natura królestwa. Nie musiał.
Przed nią leżały Kościół, parlament, pusty skarb, Francuzi w Szkocji, utracone Calais i mężczyzna, który pragnął poślubić ją dla bezpieczeństwa Anglii, zbawienia jej poddanych i własnej przewagi nad Francją. Każda sprawa domagała się części jej władzy. Ostatnia domagała się również jej ciała.
Cecil czekał.
— Co mam mu odpowiedzieć? — zapytała.
— To, co Wasza Królewska Mość uzna za stosowne.
Była to pierwsza rzecz, której tego ranka nie mógł zdecydować za nią.
Patrzyła na hiszpański list leżący pieczęcią do dołu.
— Zostaw wszystko.
Cecil nie poruszył się.
— Pani?
— Dokumenty. Zostaw je tutaj.
— Rada będzie oczekiwała przynajmniej wstępnych odpowiedzi przed—
— Powiedziałam: zostaw je. Wezwę ponownie, kiedy się z nimi zapoznam.
Nie spodobało mu się to. Dostrzegła krótkie napięcie wokół jego ust, natychmiast opanowane. Cecil nie sprzeciwiał się wprost. Potrafił jednak stać nieruchomo tak długo, aż druga osoba zaczynała wątpić, czy rzeczywiście wydała rozsądne polecenie.
Tym razem nie spuściła wzroku.
— Tak, Pani.
Zebrał jedynie własne notatki. Pozostałe dokumenty wyrównał, przesuwając dłonią po ich brzegach. Na wierzchu położył kartę z porządkiem spraw, które powinny zostać rozpatrzone. Ukłonił się i odszedł.
Drzwi zamknęły się cicho.
Została sama.
Przez chwilę siedziała bez ruchu, wpatrując się w stos papierów. Kiedy Cecil trzymał je w dłoniach, wydawały się częścią jego pracy. Teraz wszystkie należały do niej.
Wzięła pierwszy dokument. Dotyczył porządku obrad parlamentu. Przeczytała nagłówek, pierwsze zdanie i połowę drugiego. Wróciła do początku. Za trzecim razem słowa nadal nie układały się w myśl, choć rozumiała każde z osobna.
Odłożyła arkusz i sięgnęła po następny.
Rachunki Korony zapisano drobnym pismem w długich kolumnach. Dochody, zobowiązania, należności, pożyczki, odsetki. Liczby ciągnęły się przez kolejne strony, a na końcu każdej z nich pozostawało to samo: za mało pieniędzy.
Pod rachunkami leżały raporty z północy. Nazwy twierdz, liczebność wojsk, ruchy francuskich oddziałów, prośby o ludzi i działa. Dalej Calais. Potem spis urzędów, nazwisk i majątków. Każdy dokument odsyłał do dwóch następnych. Każda decyzja wymagała wiedzy, której jeszcze nie miała, a wszyscy oczekiwali, że posiada ją od chwili, w której nałożono jej koronę na głowę.
Wstała i podeszła do okna.
Tamiza miała barwę ołowiu. Po wodzie przesuwały się łodzie, niewielkie i ciemne, zostawiające za sobą krótkie ślady. Ludzie na drugim brzegu szli dokądś, nie wiedząc, że ich podatki, modlitwy, synowie i bezpieczeństwo leżą na stole za jej plecami.
Usłyszała kroki na korytarzu. Odwróciła się zbyt szybko.
Drzwi się nie otworzyły.
Robert nie przyszedł.
Wróciła do stołu. Spróbowała czytać instrukcje dla Montagu i Chamberlaina, ale po kilku wierszach spostrzegła, że wciąż myśli o tym, gdzie może być. Przy koniach, jak powiedziano. Na dziedzińcu. W stajniach. Może w jednej z komnat, śmiejący się z kimś, kto nie miał przed sobą pustego skarbu, Francuzów w Szkocji i króla Hiszpanii proszącego o rękę.
Nie zamierzała po niego posyłać.
Przeczytała ten sam akapit po raz czwarty.
Około południa odezwały się dzwony. Niedługo potem drzwi uchyliły się i do komnaty weszły dwie służące. Jedna niosła tacę z mięsem i chlebem, druga dzban oraz czysty kubek.
— Wasza Królewska Mość zechce coś zjeść?
Podniosła głowę.
Przez kilka sekund nie rozumiała, dlaczego te kobiety stoją w jej komnacie. Widziała tylko ich białe czepce, spuszczone oczy i tacę, dla której trzeba będzie zrobić miejsce pomiędzy sprawami Kościoła i wojny.
— Wynocha!
Obie znieruchomiały.
— Natychmiast! Wynocha!
Cofnęły się tak gwałtownie, że dzban uderzył o krawędź tacy. Jedna z nich zdążyła jeszcze dygnąć. Drzwi zamknęły się za nimi, a ich kroki szybko ucichły.
Znowu została sama.
Cisza po krzyku była gorsza niż hałas. Słowo nadal wisiało w komnacie, ostre i nieprzystojące żadnej z ról, które próbowano na nią nałożyć. Nie brzmiała jak królowa. Brzmiała jak przestraszona dziewczyna, która nie potrafi udźwignąć jednego dnia bez ranienia ludzi niemających z ciężarem, który niosła nic wspólnego.
Oparła dłonie o stół. Oddychała szybko. Gorset nie pozwalał nabrać pełnego powietrza.
Podeszła do kominka, lecz ogień był zbyt gorący. Wróciła do okna, ale chłód od szyby przeszył ją natychmiast. Przez chwilę krążyła między stołem, paleniskiem i drzwiami, jakby w którejś części komnaty mogło znajdować się miejsce, w którym nie była królową.
Nie znalazła go.
Wreszcie usiadła na podłodze obok fotela. Suknia rozłożyła się wokół niej ciężkim kręgiem. Zamknęła oczy i oparła głowę o siedzenie.
Nie wiedziała, ile czasu tak spędziła.
Powoli odgłosy pałacu przestały docierać do niej wszystkie naraz. Najpierw usłyszała trzask drewna w palenisku. Potem szum wiatru przy oknie. Kroki na korytarzu. Daleki głos z dziedzińca. Własny oddech.
Korona nie leżała już na jej głowie. Cecil stał za drzwiami albo w innej komnacie. Filip był daleko. Francuzi również. Przez tę jedną chwilę istniał tylko następny oddech, a po nim jeszcze jeden.
Podniosła się.
Podeszła do drzwi i otworzyła je. Na korytarzu czekał strażnik.
— Przyślij ponownie te kobiety.
Nie patrzył na nią, kiedy się skłonił.
Służące wróciły po kilku minutach, wyraźnie przestraszone. Nadal niosły tacę.
— Postawcie ją przy ogniu — powiedziała.
Zrobiły to bez słowa.
Chciała przeprosić, ale nie wiedziała, czy królowe przepraszają służące. Przez chwilę szukała właściwego sformułowania.
— Nie gniewałam się na was.
Nie była to prawda, lecz jedna z kobiet podniosła na nią wzrok i lekko skinęła głową.
Kiedy zostały same, zjadła kawałek chleba. Potem drugi. Popiła ale, odsunęła tacę i wróciła do dokumentów.
Na wierzchu leżała karta sporządzona ręką Cecila.
Tym razem nie sięgnęła po pierwszy przypadkowy arkusz. Ułożyła wszystko dokładnie tak, jak zostawił: parlament, religia, skarb, Szkocja, Calais, nominacje, ambasadorowie, Hiszpania. Przeczytała listę do końca. Następnie wzięła pierwszy dokument.
Nie próbowała objąć wszystkich spraw jednocześnie.
Zaczęła od pierwszego zdania.
*
Czytała teraz spokojnie, dokument po dokumencie, zatrzymując się przy każdym zdaniu, którego znaczenie mogło się zmienić wraz z jednym słowem. Mimo to pod wszystkimi rachunkami, raportami i instrukcjami wyczuwała tę samą presję. Doradcy mówili o jej małżeństwie jak o narzędziu polityki, a o jej ciele jak o części majątku Korony: miało zawrzeć przymierze, uspokoić poddanych, wydać następcę i zagwarantować ciągłość państwa. Każde przedstawiane jej rozwiązanie oznaczało oddanie się pod cudzą władzę — mężowi, który przemawiałby w jej imieniu; papieżowi, od którego należałoby uzyskać zgodę; Hiszpanii, która ponownie uczyniłaby Anglię elementem własnego porządku; Radzie, oczekującej monarchini gotowej zastosować się do jej rozsądnych zaleceń; albo jeszcze nienarodzonemu dziecku, wobec którego całe jej panowanie miało być jedynie okresem oczekiwania. Im dłużej czytała, tym wyraźniej widziała, że wszyscy pytają, komu powinna się podporządkować, choć zaledwie pięć dni wcześniej przysięgali jej posłuszeństwo.
Przypomniała sobie koronację — nie jako widowisko, lecz jako następstwo ciężarów zadawanych jej ciału. To ona wspinała się po dwudziestu stopniach. To jej ramiona dźwigały kolejne szaty, jej kolana dotykały posadzki, jej skórę namaszczono olejem, na jej głowie złożono koronę. Niezależnie od tego, w jakim języku odprawiano mszę, komu duchowni przyznawali zwierzchnictwo nad Kościołem i jaką wiarę próbowano zamknąć w słowach przysięgi, przed Bogiem miała odpowiadać ona. Nie Cecil. Nie Rada. Nie przyszły mąż ani papież udzielający dyspensy. Korona nie spoczęła na głowie Filipa, a berła nie włożono w dłonie żadnego z doradców. Ból karku, ramion i kolan należał do niej, ponieważ rytuał dotyczył jej. I nagle z całą prostotą zrozumiała to, czego przez pięć dni nie potrafiła przyjąć: to była ona. Ona weszła na podwyższenie. Ona została namaszczona. Ona otrzymała najwyższą władzę. Ja — pomyślała. To byłam ja.
Dlaczego więc miałaby teraz ustąpić i dobrowolnie oddać komuś to, co przed pięcioma dniami powierzono właśnie jej? Każde podsuwane rozwiązanie prowadziło do tego samego: miała poddać się mężowi, papieżowi, Hiszpanii, Radzie albo oczekiwaniom sukcesji. Po co znosiła ciężar szat, ból namaszczenia i korony, po co składała przysięgę i wchodziła na podwyższenie, skoro cała zdobyta w ten sposób władza miała zostać natychmiast przekazana jakiemuś mężczyźnie? Filipowi, obcemu królowi, który widział w niej drogę do zatrzymania Anglii w swoich wpływach; albo Robertowi, którego obecności pragnęła i którego nieobecność czuła przez cały dzień, lecz który jako jej mąż - co było oczywiście niemożliwe - również otrzymałby prawo do zajęcia miejsca pomiędzy nią a królestwem. Nie chodziło o to, którego z nich mogłaby kochać, któremu ufać ani przy którym czułaby się mniej samotna. Chodziło o to, że nawet Dudleyowi musiałaby oddać coś, czego nie miała prawa oddać, skoro przyjęła to przed Bogiem we własnym imieniu. Korona nie była nagrodą, którą mogła podzielić się z kimkolwiek. Była ciężarem, który zgodziła się nieść sama.
Zmiana przyszła niemal niezauważalnie. Najpierw przestała podpierać głowę dłonią. Potem cofnęła ramiona i oparła plecy o wysokie krzesło, jakby po raz pierwszy sprawdzała, czy zostało wykonane dla jej ciała. Stopy, dotąd podwinięte pod suknią, postawiła płasko na podłodze. Oddychała wolniej. Nie ściskała już brzegów dokumentów ani nie przerzucała ich nerwowo; brała każdy arkusz obiema rękami, czytała do końca i odkładała w wybranym przez siebie miejscu. Z jej twarzy znikało napięcie, ale nie ustępowało łagodności — skupiało się. Brwi przestały się unosić przy każdej nowej trudności, usta zwarły się w prostą linię. Kiedy dochodziła do fragmentu wymagającego decyzji, nie odsuwała papieru, lecz pochylała się nad nim i zaznaczała paznokciem właściwy wiersz. Korona pięć dni wcześniej zmusiła jej kark do wyprostowania; teraz podniosła jej głowę sama. Pod koniec stos dokumentów nie wydawał się już wyższy od niej. To ona siedziała nad nim.
*
W środku nocy posłała po Cecila. Przybył niemal natychmiast, z twarzą spokojną, ale oddechem człowieka, który znaczną część drogi przebył biegiem. Skłonił się i podszedł do stołu. Dokumenty nie leżały już w jednym stosie. Podzieliła je na trzy grupy: sprawy wymagające natychmiastowej decyzji, te, które należało przedstawić Radzie, oraz takie, które mogły poczekać.
Cecil sięgnął po pierwszą grupę. Przeglądał arkusze szybko, zatrzymując się przy uwagach naniesionych na marginesach. Im dalej czytał, tym wyżej unosił brwi.
Siedziała wyprostowana, z dłońmi spoczywającymi na stole.
— Jeśli biskupi odrzucą ustawę, ilu lordów pójdzie za nimi?
Cecil odłożył dokument.
— Nie sposób podać dokładnej liczby, Pani.
— Nie pytam o dokładną. Pytam, czy wystarczy ich, aby ją zablokować.
— Jeśli wystąpią wspólnie z częścią świeckich lordów, istnieje takie ryzyko.
— Którzy świeccy lordowie?
Wymienił nazwiska. Słuchała, nie przerywając, a potem wskazała dwa z nich.
— Z tymi należy rozmawiać przed posiedzeniem. Osobno.
Przeszła do rachunków.
— Ile pieniędzy rzeczywiście znajduje się w skarbcu, nie licząc należności, których być może nigdy nie otrzymamy?
Cecil podał sumę.
— Na jak długo wystarczy?
— Przy obecnych wydatkach?
— Przy koniecznych.
Zawahał się, po czym podał drugą, niższą liczbę.
— Zatem od tej zaczynamy.
Kolejny dokument dotyczył Szkocji.
— Ile czasu potrzeba Francuzom, aby wzmocnić garnizony?
— Kilka miesięcy. Być może mniej.
— A nam, żeby wysłać wojsko?
— Dłużej, niż powinno.
— Więc na razie nie wysyłamy wojska. Zbieramy informacje, zabezpieczamy północ i sprawdzamy, kto w Szkocji będzie gotów działać bez angielskich żołnierzy.
Cecil skinął głową.
Przy Calais zatrzymała się dłużej.
— Czy możemy je odzyskać teraz?
— Nie.
— Czy możemy odzyskać je w tym roku?
— To mało prawdopodobne.
— W takim razie nie będziemy udawać przed sobą, że jest inaczej. Zachowamy roszczenia, ale nie wydamy pieniędzy, których nie mamy, na wojnę, której nie możemy wygrać.
Pytania stawały się coraz krótsze. Ile? Kiedy? Kto? Co się stanie, jeśli odmówimy? Kto skorzysta, jeśli się zgodzimy? Cecil odpowiadał, początkowo szeroko, potem coraz zwięźlej, dostosowując się do jej rytmu. Przestał objaśniać jej królestwo, a zaczął dostarczać informacji potrzebnych do kierowania nim.
Na stole pozostała ostatnia teczka.
Cecil położył na niej dłoń.
— Pani, pozostaje jeszcze Hiszpania.
Nie odpowiedziała.
— Hrabia Feria będzie oczekiwał wskazówki. Warto przynajmniej zgodzić się na rozważenie propozycji króla Filipa. Nie zobowiązuje to Waszej Królewskiej Mości do małżeństwa, a pozwoli zachować jego przychylność w rokowaniach z Francją.
— Dość.
— Pani, jeśli odrzucimy możliwość bez—
— Powiedziałam: dość.
Cecil zamknął usta.
Przysunęła do siebie kartę dotyczącą hiszpańskiego poselstwa. Przez chwilę patrzyła na nazwiska, a potem sięgnęła po dzwonek.
— Niech przyjdzie Ascham.
Roger Ascham zjawił się z przyborami do pisania. Postawił kałamarz, rozłożył papier i czekał z piórem uniesionym nad pustą stroną.
Podyktowała list po łacinie. Bez odpowiedzi na propozycję małżeństwa. Bez obietnicy dalszych rozmów. Bez słowa, które Feria albo Filip mogliby przedstawić jako zgodę, nadzieję czy zachętę. Potwierdziła przybycie Álvara de la Quadry, biskupa Aquili. Poinformowała, że Anthony Browne, wicehrabia Montagu, oraz Thomas Chamberlain zostali wysłani na dwór hiszpański.
Tylko tyle.
Ascham pisał szybko, zatrzymując się raz, aby doprecyzować formę zwrotu. Kiedy skończył, odczytał list na głos. Cecil słuchał z dłonią przy ustach.
— Ani słowa o małżeństwie — powiedział.
— Właśnie.
— Król Filip dostrzeże pominięcie.
— Na to liczę.
Ascham przesunął dokument na środek stołu. Położył obok pióro i obrócił kałamarz tak, aby łatwiej było do niego sięgnąć.
Wstała.
Jeszcze rano potrzebowała pomocy, aby podnieść się z łóżka i pozwalała innym układać na sobie kolejne części stroju. Teraz wyprostowała plecy bez wysiłku. Wzięła pióro, zanurzyła je w atramencie i przez chwilę patrzyła na wolne miejsce pozostawione pod tekstem.
Potem podpisała:
Elizabeth R.
Cecil wypuścił powietrze i otarł czoło chustką.
— Doskonale, Pani.
Ascham pochylił się nad dokumentem i dopisał własną ręką:
R. Aschamus.
Odłożył pióro.
Spojrzała jeszcze raz na podpis. Litery były większe niż zwykle, pewne i równe. Tym razem imię nie wydawało się należeć do osoby zamkniętej pod kamieniem opactwa. To ono określało dokument i wszystko, czego w nim świadomie nie powiedziała.
Odwróciła się do Cecila.
— Dziękuję, Cecil. To wszystko na dziś.